lanciatrendvisions.com





Ile waży tłumacz

 

Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było.
(A.A. Milne – I. Tuwim)

Waży niewiele i najlepiej, by go nie było widać ni słychać.

?

Czy tłumaczenie ma być zatem jak przezroczysta szyba, która tylko czasami daje refleksy? Tak może jest w prozie. Te refleksy na szybie czasem mogą przeszkadzać i wtedy zastanawiamy się, czy to autor tak niezręcznie swoją myśl sformułował, czy to kiks tłumacza. Tak kiedyś miałem w czasie lektury kolejnego tomu późniejszej noblistki, Alice Munro. Gdy coś zza linijek wyglądało, cichutko chrobocząc i skrzypiąc, a ja zastanawiałem się, skąd u świetnej pisarki te niezręczności? Brak oryginału pod ręką nie pozwolił na weryfikację, kto tu zawinił ? kowal czy Cygan. Bywa, że jednak czasem nabroi Cygan? (sorry, to stare przysłowie).

Ale zdarza się też odwrotnie; gdy podskórnie, raczej intuicyjnie czujemy, że tłumacz wzbogacił tworzywo, nad którym pracował i ze zwykłego (?) diamentu uczynił brylant.

Są też dzieła, gdzie pisarz, tłumacz i książka to jedno. Czarodziejska góra, Tomasz Mann, Kramsztyk-Tatarkiewicz.

To proza, a jak jest w poezji?

Tu tłumacz jest zawsze widoczny, jeśli mamy do czynienia z czymś więcej niż przekład filologiczny, a i tutaj dobór słowa, frazy nie zawsze jest jednoznaczny.

Swego czasu wpadła mi w ręce książka Gościnność słowa Jerzego Jarniewicza
(Znak, 2012). Parę słów o JJ. Tłumacz literatury angielskiej (Joyce, ten wczesny, a także Carver, Roth, inni) oraz wykładowca tejże w Łodzi i Warszawie, redaktor ?Literatury na świecie?, krytyk. Także poeta. Zatem teoretyk i praktyk. Książka to zbiór esejów, artykułów na temat znaczenia przekładu i osoby tłumacza w przyswajaniu światowej literatury.
I oto rozprawia się Jarniewicz generalnie z koncepcją przezroczystości tłumaczenia (ani – według JJ – nie jest możliwa, ani wskazana) i przedstawia dwie koncepcje tłumaczenia:
1. ?egzotyczną? – gdy nacisk położony jest na przedstawienie unikalności tamtego świata i tamtej literatury,
2. ?udomowienia” – gdy tłumacz dopasowuje obcy tekst do miejscowych, lokalnych kulturowych struktur, przyzwyczajeń, zasad.
Jarniewicz bierze – wyraźnie – stronę opcji pierwszej; ta druga grozi bowiem – zaściankiem.

W książce znajdziemy takie ciekawe ?tłumaczeniowe historie?:

  • O tym, jak styl przekładu wpłynął na percepcję poezji Herberta w świecie anglojęzycznym. Carpenterowie (tłumacze) utrwalili pogląd o bardziej publicznym niż prywatnym charakterze jego poezji i prymacie – jakoby – Herbertowej myśli nad językiem. Co przełożyło się na pewne rozstrzygnięcia, zapewne.
  • Jak MIMO WSZYSTKO udało się przełożyć – z sukcesem – na język angielski nieprzekładalną pozornie poezję Jana Kochanowskiego (Treny). Czyli: tandem Heaney + Barańczak.
  • Jak tłumaczki Trans-Atlantyku stworzyły nowe angielskie idiomy, tłumacząc WPROST neofrazeologię Gombrowicza i czy to miało sens. Według Jarniewicza nie miało.
  • Czy znajdziemy coś dobrego w sławetnym tłumaczeniu Winni-the-Pooh
    A.A. Milne’a ( Fredzia Phi-phi, d. Kubuś Puchatek), dokonanym w latach 80. przez Monikę Adamczyk-Grabowską. Otóż – zdaniem JJ (jest tu chyba wyjątkiem) – znajdziemy. W warstwie słownych igraszek i kalamburów.

***

Miłosz go nie cierpiał, jako nihilistę, i napisał wiersz Przeciw poezji Filipa Larkina.
Seamus Henney dostrzegał w poezji Larkina ?oceany światła?.

U nas tłumaczył Larkina Barańczak, później Dehnel (całość!) i także Jarniewicz (chyba najbardziej wkręcony w Larkina człowiek w Polsce).

Swego czasu przez portale poświęcone poezji przetoczyła się krwawa batalia, czyje tłumaczenia poezji Larkina są najlepsze. Ba, tylko co to znaczy najlepsze? Dehnel twierdził, że jego przekłady najwierniej oddają surowy klimat Larkinowskiej ?codzienności?, zatem to jemu należy laur, zarzucając starszemu koledze nadmierne nasączenie Larkina sobą, Barańczakiem (co, nawiasem mówiąc, jest charakterystyczne dla całej przekładowej twórczości S.B.).

Nie mnie maluczkiemu wyrokować, które przekłady są lepsze, chyba bardziej pasuje mi dykcja Barańczaka i sądzę, że S.B. lepiej zna i bardziej czuje język oryginału (tu sprawa prostsza, bo wiersze Ph.L. dostępne są w wersji oryginalnej). Najrozsądniej, jeśli sprawdzicie to sami?

Poezji Larkina chciałbym poświęcić jeden z kolejnych odcinków, zatem tutaj tylko piękny (w prostocie) wiersz Dni, w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka (lewa kol.) i Jacka Dehnela (prawa)

 

DNI                                                                                      DNI

Po co są dni?                                                                    Po co są dni
W dniach mieści się nasze życie.                              To w dniach żyjemy.
Jeden po drugim nastają                                            Przychodzą, budzą nas
I budzą nas ze snu.                                                        Raz za razem.
To w nich ma nam być dobrze;                                 Są, aby być w nich szczęśliwym:
Gdzie żyć, jeśli nie w dniach?                                    Bo gdzie żyć, jeśli nie w dniach?
Ach, znaleźć na to odpowiedź.                                 Ach, szukanie odpowiedzi na to pytanie
A zaraz zjawia się ksiądz                                              Sprowadza księdza i lekarza;
I lekarz – obaj pędzą                                                      Biegną przez pola
W długich płaszczach przez pola.                             W długich płaszczach.

***

Parę lat temu czytałem Rilkego, sporo wieczorów spędzając z Elegiami Duinejskim. Nie jest to łatwa poezja; jest gęsta, pełna nawiązań, kulturowych cytatów, rozgałęzień, przypomina może helisę DNA, może rozrośnięte kłącze.

Na polski tłumaczyli Elegie Napierski z Hulewiczem, Mieczysław Jastrun, Bernard Antochewicz.

Wielce pouczający jest wgląd w dzieło oczami poetów-tłumaczy o różnej wrażliwości i odmiennej poetyckiej mocy. Nie chcę kategoryzować i hierarchizować tych tłumaczeń, ale uwiera mnie myśl, że zbyt wiele zależy od tego, czyje tłumaczenie wpadnie nam, ?czytającym w niedziele?, akurat w ręce. Rzadko przecież mamy możliwość poznania różnych wersji, różnych przekładów. Ślepy los może zadecydować o tym, czy przyjmiemy czyjąś poezję jako swoją, czy ją odrzucimy.

***

W poprzednim, pierwszym odcinku Zapisków (link) pisałem o Kawafisie. Kawafis miał w Polsce szczęście ? wpadł do koszyka Zygmunta Kubiaka (ostatnio także Antoniego Libery). A gdyby Kubiaka zabrakło? Jak (i czy w ogóle) potoczyłaby się w Polsce percepcja tych wyjątkowych wierszy?

***

Czy gorzej ma (większe ryzyko ponosi) ten, kto tłumaczy jako drugi, trzeci, dziesiąty (Barańczak po Słomczyńskim), czy osoba po raz pierwszy zmagająca się z materią dzieła? To właśnie przypadek Emilii Żybert-Pruchnickiej przekładającej ze starożytnej aleksandryjskiej greki Wyprawę Argonautów po złote runo (Argonautiká) Apolloniosa z Rodos (III w. p.ne.)

Czy pani E. Ż-P. mogła tak myśleć?

?A jeśli moje wybory nie są do końca trafione? Jeśli nie oddam ducha tego pięknego tekstu? Apollonios to świetny poeta i źle by się stało, gdyby w przekładzie zgubiła się jego finezja. Jest pewien, dość spory, zbiór tłumaczeń arcydzieł antycznej greki, lepszych i gorszych, ale nie ma i być nie może sztywno ustalonych reguł, bo współczesny język polski różni od antycznej greki zbyt wiele.
U nas nie ma zjawiska iloczasu i, cokolwiek by to znaczyło, jest absolutnie kluczowe dla sprawy. By oddać rytm antycznego wiersza, tę jego wyjątkową melodię (w co bardziej wierzymy, niż wiemy), by się przybliżyć do wiersza, który był śpiewany, recytowany albo głośno czytany, stosuje się różne zabiegi. Rym albo polski heksametr to są najczęstsze sposoby i ja wybrałam ten drugi. Jest jeszcze kwestia stylizacji i pojęć. Tłumaczę Wyprawę współczesnym językiem, żadnej, poza wyjątkami, archaizacji (nie znoszę), żadnych udziwnień, a kiedy trzeba, bez obaw wprowadzam słowo, którego chyba nie było w hellenistycznej grece. Na przykład słowo ‚szybować’? (parafrazując wielce pouczający Wstęp tłumaczki).

I tak to z tłumaczeniami jest. Bo z pszczołami nigdy nic nie wiadomo.





Ryszard Lenc