Zostałem wyrzucony ze świata jak pocisk. Opadła gęsta mgła, ziemia powalana jest zamarzniętym smarem. Czuję pulsowanie miasta, jak gdyby było sercem zaledwie parę minut temu usuniętym z ciepłego ciała. Okna mego hotelu ropieją i czuć gęsty, drażniący smród, jak gdyby palono jakieś chemikalia. Wpatrując się w Sekwanę, widzę błoto i pustkę, tonące lampy uliczne, mężczyzn i kobiety dławiących się śmiertelnie, mosty zarzucone domami – jatkami miłości. Jakiś facet z akordeonem przypiętym do brzucha stoi opierając się o ścianę; ręce ma odcięte w nadgarstkach, ale akordeon wije się między jego kikutami jak worek pełen węży. Wszechświat skurczył się, osiągając rozmiary czworoboku kamienic i nie ma w nim gwiazd, drzew, rzek. Ludzie tu mieszkający są martwi; zajmują się wykonywaniem krzeseł, na których siadają inni ludzie w swoich snach. Na środky ulicy znajduje się koło, w jego piaście zainstalowano szubienicę. Martwi już ludzie desperacko usiłują się na nią wspiąć, lecz daremnie: koło obraca się zbyt prędko…



[w:] Henry Miller, Zwrotnik Raka, przeł. Lesław Ludwig, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990.