ffffound.com

ffffound.com

Zakochanie

„Zaraz po lekcjach pobiegliśmy za plac budowy, aż za kościelne ugory, tam gdzie kończył się asfalt. W zaciętym milczeniu, trzymając się za spocone ręce, przecisnęliśmy się między zwojami eternitu i weszliśmy do Trupiarni – do tej starej piwnicy, wypełnionej watą szklaną, od której, jak mówili, można oślepnąć. Zaszyliśmy się w jakimś zakamarku z twardym postanowieniem, że będziemy się całować – po czym, przyklęknąwszy na gołej ziemi, poczuliśmy niedorzeczność tych makiet i nagle zawstydziliśmy się swojej determinacji”.

Taką impresję o pierwszej miłości (III klasa szkoły podstawowej) napisałem kilka lat temu. Teraz spaceruję z Sonią przez zgoła inny pejzaż (wieczny plac budowy późnego PRL zastępują bulwary wiślane). W reklamówce mamy trochę suchego chleba, żeby nakarmić rzeczne ptactwo. Sonia jak zwykle pokruszy bułki – powie że, kaczki są głupie (bo ptaki wyjadają im wszystko sprzed dzioba), a na odchodnym rzuci pocieszająco „jakoś to będzie, łabędzie!”. Wspinamy się  z powrotem – ja po schodach, Sonia po murku. Idzie pomalutku, trzymając mnie za rękę. Zerka na mnie i patrzy, jak po drugiej stronie rośnie przepaść.

Wychodząc z Sonką na spacer, powiedziałem do Wioli: – Idziemy, a ty sobie trochę popracuj (miała zaległą robotę), a Sonia oburzona: – Nie mów do niej jak macocha do Kopciuszka! Na ogół jednak wdraża mnie w inną rolę. W bajkach aż roi się od zakochanych królewien: marzą o księciu, czekają na rycerza, mdleją na widok przypadkowo spotkanych Karabaszów. Ta mitologia zostawia trwałe ślady i Sonia pyta mnie czasem, czy się w niej zakochałem.  Gdy potwierdzam swoje uczucia, mruga oczkami i z szelmowskim uśmiechem całuje mnie w rękę. A dzieje się to na przykład pod Smokiem Wawelskim, za nami wzgórze zamkowe… scenografia pierwszego sortu! Nie ma tu mowy o  żadnej „niedorzeczności makiet” – nie ma większego znaczenia, w jakich obsadzimy się rolach, wszystkie scenariusze są zaledwie pretekstowe. Po drodze do domu kupimy obwarzanka i gumy „Mamba” – a ja pewnie będę musiał nieść moją ukochaną na rękach, gdy rozbolą ją nóżki.


Światy

Każdy dzień otwiera godzina pośpiechu i ponaglań, trudnych negocjacji i drobnych szantaży; nie jest wszak łatwo wybrać sukienkę, bluzeczkę i rajstopki, zdecydować się, czy zupa mleczna, czy kanapka z dżemem, zjeść bez biegania, umyć się bez chlapania. Po godzinie tej marnej, pośpiesznej uwertury wyruszamy do przedszkola; wychodzimy z bramy na ulicę, która zawsze jest taka sama – i latem, i zimą brudne strupy kamienic plus strużka samochodów… A mimo to zawsze nas zadziwia swoją konsekwentną brzydotą. Przynajmniej mnie. No właśnie; mimo, że idziemy obok siebie, trzymając się za ręce, przebywamy w trochę różnych światach. Nie chodzi o to, że miewamy swoje humory – a miewamy, i czasem gawędzimy, a czasem warczymy, niekiedy podskakujemy, a nawet biegniemy, innym razem milczymy i wleczmy się jak skazańcy – chodzi o różnicę skali i punktu widzenia. Kiedy ja prowadzę ją do przedszkola, ona w tym samym czasie drepcze przez świat wielki i nieoczywisty. Nad jej czapeczką z pomponem rozwijają się i zwijają perspektywy, rozkładają i składają szyldy z niezrozumiałymi napisami. Miasto nie mieści się w jej spojrzeniu i rozumieniu. Płaska przestrzeń, usiana światłami i znakami drogowymi, sklepami i kioskami, rozwarstwia się w jej oczach. Żeby na mnie popatrzeć, zadziera głowę; jestem blisko, ale przemierzam świat dorosłych, świat rodziców, babć, dziadków, pani Alinki, pani Renatki, pani Bożenki i mamy Niny. To po tej stronie jest prawda i prawo, formy i normy; pewnie dlatego dzieci tak bardzo chcą dorosnąć, dlatego też dorośli tęsknią do dzieciństwa.

Ale mało powiedzieć, że jej świat jest hierarchiczny – to sama hierarchia jest bowiem światem. Kiedy mój krasnoludek (patrzę z czułością na jej pompon, podrygujący na wysokości moich kolan) marzy, żeby być jak Pipi, kiedy wyobraża sobie świat bez rodziców, bez nakazów i zakazów, świat wydany grze fantazji i zachcianek – tak naprawdę myśli o końcu świata. Rozpoznaję w tym coś znajomego: marzenie o zerwaniu więzów, o radosnym sieroctwie, o zamordowaniu bogów, zniszczeniu prawa i wyzwoleniu osobistej prawdy, o przywróceniu pierwotnego chaosu, w którym drzemią wszystkie kształty. Ale historia Pipi jest bajką – podobnie jak większość naszych wolnościowych rojeń – bajką, którą czytamy przed snem.

A we śnie pracujemy mozolnie nad poszerzaniem naszych światów.

A na jawie pozwalamy im się łagodnie przenikać.


Zaświaty

Sonia przynosi z przedszkola rozmaite zabawy. Jak łatwo się domyśleć, chłopcy bawią się w żółwie Ninja, a dziewczynki w rodzinę (role wydają się od początku rozdzielone – w tzw. dorosłym życiu niewiele się zmienia). Pośród tych zabaw jest i taka: Sonia pada na wznak, zamyka oczy i mówi: – Umarłam. Co robić? Jak bawić się w śmierć? Mówię: – Niech cię będzie, leż sobie, nie żyjemy oboje. Jesteśmy on the other side; przyjemnie tu nawet – zaświaty dziwnie przypominają nasze mieszkanko na Podgórzu! To dobrze. A w ogóle – budzę się nagle do pedagogicznych obowiązków – w ogóle to nie wolno się tak bawić!


Pistolet i okno

Czy rzeczywiście „role wydają się od początku rozdzielone”? Rzuciłem to tak dla żartu, a sprawa jest śmiertelnie poważna. Od kiedy pamiętam z alternatywy wrodzone/nabyte wybierałem drugi człon, co w tym kontekście znaczy mniej więcej, że Sonia dostosowuje się do naszych oczekiwań i do kulturowych sztanc – i w ten sposób staje się dziewczynkowata. I dlatego bawi się raczej lalkami, niż autkami. Dlatego woli czytać, niż budować wieże z klocków. Dlatego w jej świecie Indianie zakopali topory, a dzikie bestie wskakują do łóżeczek i domagają się odrobiny czułości. Sprawa niby prosta, ale w istocie swej mroczna i zawiła. Skąd bowiem wzięło się u Sonki perwersyjne zamiłowanie do różu? Dlaczego jej przyjaciel, miś Gabryś, błyskawicznie przemienił się w „dzidziusia”? Czyżby działały tutaj jakieś – excusez le mot – naturalne skłonności?!

Myślałem o tym, kiedy Sonia się kąpała, sięgnąłem nawet po fachową literaturę i przeglądnąłem „Płeć mózgu” Moir i Jessela, rzecz o przyrodzonych różnicach w uzdolnieniach i w postrzeganiu świata. Przerażająca książka. Bo jeśli kultura działa jako wzmocnienie biologicznych praw, to cały porządek kultury jest trochę naturalny, trochę jakby święty i nietykalny. Do czego przeznaczeni są chłopcy, którzy od wieku niemowlęcego odkrywają przestrzeń i rozpoznają prawa rządzące tzw. otaczającym nas światem? A do czego predestynowane są dokładne, porządnickie i opiekuńcze dziewczynki? Dreszcz mnie przeszedł, spojrzałem na Sonię, która chlapała się w wannie. Chwyciłem za plastikowy pistolet na wodę (mój Boże, mój zły okrutny Ojcze! przez całe dzieciństwo o takiej broni marzyłem!), napełniłem i pokazałem Soni jak to działa. Ustawiłem na brzegu Kubusia Puchatka, Piotrusia Pana i Kapitana Haka, żebyśmy mogli sobie do nich postrzelać. Ale Sonka się nie zgodziła i wyrwała mi broń. Najpierw próbowała, czy strumieniem wody można się połaskotać pod pachą, a potem doznała olśnienia: znalazła dla zabawki nowe zastosowanie. – To jest nasz domek – powiedziała, rozpromieniona. – A tu jest okno. Trzeba to okno umyć. – To rzekłszy, spryskała wodą ścienne lustro i poczęła je wycierać. W wypucowanym lustrze (czy też za oknem, wszystko jedno) pojawiła się po chwili jej uśmiechnięta buzia i moja, lekko zafrasowana, gęba.



franczak

fot. Kuba Dąbrowski

Jerzy Franczak, ur. w 1978 roku, prozaik, eseista. Opublikował m.in. zbiory opowiadań „Trzy historye” (2001) i „Szmermele” (2004), powieści „Przymierzalnia” (2008), „Nieludzka komedia” (2009), tom esejów „Grawitacje” (2007) oraz dwie rozprawy o literaturze nowoczesnej. Wykłada w Katedrze Antropologii Literatury i Badań Kulturowych UJ. W TVP Kultura prowadzi program o nowościach wydawniczych „Czytelnia”. Więcej: http://franczak.wydawnictwoliterackie.pl.