www.metmuseum.org

 

 

Głowa

 

Jego śmierć rozpłynęła się w newsach i informacjach o innych odejściach, których ten rok nam nie oszczędza. A to może najwybitniejszy polski pisarz tej doby. Janusz Głowacki. „Glowa”.

 

Czy aby nie jest tak, że o pisarzach, którzy przetrwali, mówi się w czasie teraźniejszym nie „był”, a „jest”? No to jak to jest z Jerzym [Andrzejewskim – rl] ? Był czy jest? Czesław Miłosz to wiadomo. A Gombrowicz, Schulz, Witkacy, Dąbrowska, Herbert, Gałczyński, Białoszewski, Tuwim? A moi koledzy Grochowiak, Iredyński, Himilsbach? A Iwaszkiewicz i Słonimski? pyta Głowacki w autobiografii Z głowy, wydanej w 2004, trzynaście lat przed śmiercią.

Która dopadła go w sierpniu br. na wakacjach w Egipcie. Wkrótce skończyłby 79 lat.

 

A on sam? Czy przetrwa? Czy jego opowiadania (Wirówka nonsensu, My sweet Raskolnikow, inne) będą czytane, a dramaty, czy będą wystawiane, oglądane? Kopciuch, Polowanie na karaluchy, Antygona w Nowym Jorku, Czwarta siostra. Czy będzie się oglądać filmy według jego scenariuszy? Psychodrama, Rejs, Polowanie na muchy, Trzeba zabić tę miłość. No i film o Wałęsie, Człowiek z nadziei.

Czy będzie czytana jego zaskakująca, wielowątkowa biografia Jerzego Kosińskiego, Good night, Dżerzi?

 

Przeglądam Z głowy, czytam, co napisał, oglądam dramaty, filmy. Niektóre rzeczy ponownie, niektóre pierwszy raz.  W dużej, szybkiej dawce usiłuję przyswoić sobie jego pisanie, pojąć Głowackiego.

Życie spędził po tej i tamtej stronie Oceanu. Warszawa – Nowy Jork. To oś jego życia i jego pisania. Janek – „Dżanus”.

Jest taka anegdota z okresu studiów w uczelni teatralnej, gdy student Głowacki odmawia zagrania… jajka.

Pani profesor Maria Wiercińska spytała:

– Dlaczego, Januszu, nie chcesz się tak jak wszyscy toczyć?

– Bo ja się, pani profesor, wstydzę – odpowiedziałem szczerze. I wtedy zostałem po raz pierwszy w życiu oskarżony o cynizm.

To podejrzenie o taki osobny, swobodny, ironiczny stosunek do świata, do ludzi będzie mu towarzyszyć przez lata. Rodzimi krytycy będą kręcić nosem nad jego dramatami, które – odwrotnie – robią (czasem zawrotną) karierę w Nowym Jorku i Los Angeles, a potem na całym świecie (to stwierdzenie bez nadmiernej przesady). Wybrzydza się na jego prozę. A ja zacząłem się na dobre bać. Bo co, jeżeli rację miała ta pani z Flammariona albo polscy krytycy, którzy już zadecydowali, że jestem kawiarnianym pisarzem lokalnym, specjalistą od złotej młodzieży i playboyów…

Gdy trafia do Nowego Jorku jest niewiarygodnie zdeterminowany. Ma też trochę (mnóstwo?) szczęścia. Jego sztuki znajdują uznanie u sławnych pisarzy (Arthur Miller), recenzentów (Frank Rich z New York Timesa), mają też powodzenie u publiczności. Dostojewski napisał, że marzenia się zawsze spełniają, nieczęsto w zdeformowanej postaci i się je niekoniecznie rozpoznaje. Ale tu były niezdeformowane i łatwo rozpoznawalne.

 

Antygona w Nowym Jorku jest wspaniałą współczesną „kontynuacją” Antygony Sofoklesa.

Bo świat zawsze mi się wydawał gigantyczną biblioteką zapchaną mitami czy innymi archetypami, w których się można poprzeglądać. I sobie popisać na drugiej stronie czegoś już napisanego.

No właśnie.

Ale Czwarta siostra to zbyt plakatowe, kliszowe ujęcie nowej Rosji. Mnie drażni, irytuje, choć czasem też wzrusza.

Wczesne opowiadania są bardziej zapisem rzeczywistości niż kreacją artystyczną, ale Good night, Dżerzi to poruszająca, wielowątkowa, karkołomna próba zrozumienia fenomenu, jakim był Kosiński. To może najważniejsza książka biograficzna polskiej literatury powojennej. Bo to jest literatura najwyższych lotów. Mną ta opowieść wstrząsnęła. Jodi, Masza, Klaus, ojciec, wszyscy ludzie Kosińskiego. I on sam. Jego kreacje, fałszerstwa, szaleństwa.

 

Jest taki motyw, który przewija się przez prawie wszystko, co Głowacki napisał. Los czy Przypadek nami rządzą? Czy dzieje Edypa to chichot bogów czy splot przypadków? Czy życie Kosińskiego to żart Pana Boga czy zwykły ciąg niezwykłych (albo wykreowanych) wydarzeń?

Mówi o tym w wywiadach sam Głowacki, pisze w autobiografii.

 

Ma inteligentne, to najładniejsze, złośliwe poczucie humoru. W polskiej literaturze to rzadkość, więc podkreślam. Oczywiście jestem przekonany, że kiedy Steven Spielberg szczęśliwy z lawiny Oscarów powiedział, że żałuje tylko jednego: że Listy Schindlera nie mogło obejrzeć sześć milionów Żydów, którzy zginęli w czasie holokaustu, nie miał na myśli – jak ktoś złośliwie sugerował – tylko ewentualnych dodatkowych zysków z biletów.

My, Polacy, jesteśmy także bardzo dumni z Jana Pawła II. Ale nie mam wątpliwości, że gdyby to Polacy wybierali papieża – wybraliby Francuza (ww. cyt. Z głowy).

Samobójstwo (w Nowym Jorku – rl) popełnia się tylko, jeśli zostało to przedyskutowane (Dżerzi).

 

Jest słuchaczem i obserwatorem. Gdy podpatruje bezdomnych w Nowym Jorku, gdy mówi Anitą, Saszą, Pchełką, Policjantem, gdy jest polskim emigrantem (Polowanie na karaluchy).

Z głowy: Kiedyś przyprowadziłem tu korespondenta „New York Timesa” Johna Darntona. Nie było wolnych stolików, więc zapytałem świetnego satyryka, Janusza Minkiewicza, czy można się przysiąść. Odpowiedział: „Powiedz temu Amerykaninowi, że jak nie przyszedł w 1945, to teraz niech spierdala”.

Słucha i przetwarza.

Frazy z Rejsu weszły do potocznej polszczyzny. Szekspir Gribojedowem angielskiej literatury. Kamandir – komisar, kamandir – komisar (Polowanie na muchy).

 

Język. Przebogaty, zbudowany z frazy ulicznej, intelektualnych rozmów i mitologicznych odniesień.

 

To jest bardzo inteligentny pisarz i do tego jeszcze nie jest brzydkim, małym krasnalem, tylko jest przystojnym, bardzo atrakcyjnym, już na zawsze, facetem, powiedziała na premierze książki Good night, Dżerzi Urszula Dudziak.

Tak go też postrzegam. I myślę, że przetrwa. Może dłużej niż potrwa życie tych, którzy go znali, słuchali i widzieli?

 

Do naszego polskiego sztambucha jeszcze taka myśl (Z głowy): Najmniej wartościowym rodzajem dumy jest duma narodowa. Kto bowiem się nią odznacza, zdradza brak cech indywidualnych…

 

  1. Trudno nie wspomnieć, że był J.G. bardzo krytycznym komentatorem obecnej polskiej rzeczywistości. Co zostało mu zapamiętane. Nikt bowiem z Min. Kultury i Rządu go nie pożegnał. Małość. Ale on by się z tego śmiał.

 

 

 

Ryszard Lenc, IX/X 2017.