ffffound.com

ffffound.com

?Przeciwnicy chętni do spotkania z Adamkiem pojawiają się gromadnie jak grzyby po tropikalnym deszczu, który nawiedził wczoraj metropolię nowojorską.?
Radosław Leniarski, ?Gazeta Wyborcza?, nr 197, wydanie z dnia 24/08/2010, str. 23

Janusz mówi, że idzie po gazetę. Jak to po gazetę, pytam. On, że skoro kawka, to i gazeta. Wyborcza koniecznie, bo to wciąż mimo wszystko najlepsza polska gazeta. Najlepsza, pytam? Mimo wszystko, pytam? Tak, najlepsza, mimo wszystko, odpowiada. A wszystko to ? tutaj Janusz używa palców, by nie okazało się, Broń-Boże, że wszystko to może być jednak więcej niż dziesięć czegoś ? i wymienia: Rospuda, związki homopartnerskie i Jarosław Kurski. Kończy, uśmiecha się, odwraca, podbiega do kiosku.

Ja, kiedy on tak podbiega, również odwracam się i spokojnym krokiem w stronę kawiarni idę. Nie czekam na niego, wiem, że przyjdzie również, bo dokąd miałby pójść, na stronę niemiecką? Siadam przy naszym stoliku, podchodzi pani i pyta, gdzie kolega. Po gazetę, macham głową w stronę kiosku, przyjdzie, odpowiadam jej, niech się pani nie martwi, przyjdzie, bo dokąd miałby pójść, na stronę niemiecką? Ona potakuje i z namysłem, czyli dwie kawy, duże, jedna biała, druga czarna i butelka wody niegazowanej z cytryną, mówi. A ja, tak, owszem, to właśnie poprosimy i skąd w ogóle pani jest, decyduję się zapytać, więc pytam, a ona uśmiecha się, i że z Torunia. I zanim Janusz przyjdzie, kolejnych pięć minut rozmawiamy z panią o naleśnikach z Torunia, których nie ma nigdzie indziej, a zwłaszcza tu, w Świnoujściu.

Przychodzi Janusz, cieszy się na widok swojej białej dużej i szklanki wody, co okazuje, mówiąc, że szalenie cieszy się na widok swojej białej dużej i szklanki wody. Potakuję, biorę łyk czarnej, parzę się przy tym i mówię: oła, kurwa, gorąca, bo zapomniałem, że czarna stygnie wolniej niż biała. Mówię o tej niepamięci Januszowi i przez następnych pięć minut przerzucamy się w rasistowskich dowcipach, mając nadzieję, że któryś z nas zaskoczy tego drugiego dowcipem świeżym, dowcipnym, temu drugiemu do tej pory nieznanym. Potem odpalamy pierwsze papierosy, popijamy kawą, bo obie ? czarna i biała ? nie są już gorące. I żarty rasistowskie, wszystkie inne, już się kończą.

Janusz przerzuca swoją gazetę, ja siedzę i obserwuję Janusza, przerzucającego swoją gazetę. Na ostatniej stronie dostrzegam artykuł o Adamku, duży, na całą stronę (artykuł) i czekam, aż Januszowi się znudzi jego lektura o związkach homopartnerskich i Rospudzie, żeby, niby od niechcenia, po chwili, wziąć gazetę do ręki i przeczytać o tym, jak Adamek pobił Granta. Janusz dostrzega ten mój ślinotok w oczach i celowo, żeby mnie wkurwić, otwiera na kulturze. No to popłynie, myślę sobie. Spokojnie możesz sobie zapalić papierosa, mówię w myślach do siebie, bo on będzie tę kulturę czytać tak długo, aż wyczyta sobie, że on, Janusz, nominowany jest do NIKE. To trochę potrwa, uspokajam się w myślach, biorę papierosa, a wtedy on, Janusz, swoim zippo ? cmyk, puf, klik ? odpala mi go, myśli chwilę o charakterystycznym szczęku, po czym wraca do lektury, a ja się zaciągam z rzędu razy ileś, aż papierosa mogę zgasić, już nieważny, skończył się. Znad popielniczki patrzę na Janusza, dalej czyta albo udaje, że czyta, w końcu mówi, masz, czytaj sobie Radosława Leniarskiego, niech ma, po czym wnoszę, że jednak do NIKE dzisiaj też go nie nominowali. Podaje mi gazetę, ja patrzę na zdjęcie Adamka z rozwalonymi łukami brwiowymi i czytam tego Leniarskiego, ale tylko przez chwilę, bo; raz że Leniarski powinien stracić robotę za tę swoją chujową poezję sportową, a dwa że jeszcze bardziej kręci mnie nowe pismo, które Janusz nagle trzyma w ręku. A Janusz ma w ręku ?Tinę?, przygląda się okładce, więc przyglądam się okładce razem z nim i widzę tam zapowiedź artykułu o powakacyjnym szturmie na przychodnie specjalizujące się w wenerycznych. Pytam Janusza, czy takie przychodnie w ogóle mają w Polsce miejsce, a on, że po to kupił, żeby się dowiedzieć. I oto otwiera magazyn na stronie trzydziestej czwartej. Widzę starego już kalafiora, zajmującego prawie całą stronę, zdjęcie w wysokiej rozdzielczości i już chcę powiedzieć, że coś im się, kurwa, hehe, pomyliło. Ale Janusz odkłada gazetę, wyjmuje z paczki jednego czestera, odpala ? cmyk, puf, klik ? swoim zippo i mówi: Andrzeju, nigdy nie pozwól sobie zrobić loda lasce z opryszczką.

Niby brzmi groźnie i poważnie. Teraz to i ja biorę papierosa, Janusz mi go ? cmyk, puf, klik ? swoim zippo odpala, ja biorę czasopismo w rękę nabożnie jakby to co najmniej ?RED.? albo ?Topos? był (he he), zaciągam się, spoglądam na kalafiora, analizuję to, co widzę. Racja, kurwa, Janusz, mówię, bo dociera do mnie, że kalafior to penis z opryszczką (taki właśnie podpis do zdjęcia: ?Penis z opryszczką?). Co za polip, mówi Janusz. Co za polip, mówię ja. I obaj z namysłem kiwamy głowami, zaciągamy się swoimi papierosami, papierosy się kończą, tracą na ważności, gasimy je w naszej popielniczce, on najpierw, starszy jest, potem ja swojego przyduszam w tym samym miejscu. Łyk kawy, on białej dużej, ja dużej czarnej. On popija swoją wodą, ja wody nie mam. Znów kiwamy głowami z namysłem.

Janusz, porobiło się, mówię. On, że tak, owszem, odpowiada mi. Patrz, jaki misiek, dodaje. Odwracam się w kierunku, w którym on swoją głowę obrócił sekundę wcześniej i widzę kawał kota, na oko z osiem kilo może i nawet. Mówię: no, misiek, że ho ho. Kiwamy głowami z namysłem. Już czas, myślę i wyciągam Januszowi jego czestera czerwonego wprost z paczki, a on ? cmyk, puf, klik ? swoim zippo odpala.

Następną godzinę siedzimy. Czytamy resztę artykułów. W wyborczej przepis na sałatkę z kalafiora. To dopiero intertekstualność, mówi Janusz, a ja w głowie notuję: kalafior w różyczki do naczynia żaroodpornego razem ze skrojoną w kostkę czerwoną papryką, zalać oliwą z ziołami prowansalskimi i szczyptą soli (trzy czwarte szklanki ma tej oliwy być), do piekarnika, aż zbrązowieje, potem dodać fetę w kostkę, oliwki na pół przekrojone, odsączyć oliwę, skroić cytrynę, podawać na ciepło. To zapiekanka bardziej niż sałatka, mówi Janusz, a ja nie umiem się z nim nie zgodzić.

Podchodzi cyganka i, żeby dać jej na bułkę, mówi. A ja jej (szpanuję tak przed Januszem), że może lepiej dam jej cukierka. Ona, że na loda by wolała. Ja, że mam kotki w piwnicy. Janusz dorzuca swoje, że loda to ona może zrobić. Chwila ciszy, bo dostrzegam w kąciku jej ust jakąś plamkę, choć jest środek lata. Janusz, uspokój się, mówię. Janusz uspokaja się, do gazety wraca.

Piotr Makowski