Z Kamilem Zającem rozmawia Weronika Sowińska

Weronika Sowińska: W rozmowie z Urszulą Pawlicką, przeprowadzoną  w 2012 roku przy okazji Programming Poetry, powiedziałeś: „wydaje mi się, że współczesna poezja posługuje się zbyt hermetycznym kodem, który dla statystycznego Polaka, używającego w komunikacji ze światem przedstawionym od dwóch do czterech tysięcy słów, staje się zwyczajnie niezrozumiały. Mówiąc metaforycznie: odbiorca nie ma odpowiednich narzędzi do zdekodowania przekazu, jakich wymaga współczesny wiersz”. I potem, przy okazji nagrody Warto 2017, w rozmowie z Magdą Piekarską: „grzechem współczesnej poezji jest hermetyczny kod, który często jest nie do przejścia dla czytelników. Można utyskiwać, że ludzie nie czytają poezji, ale potrzebny jest ukłon w ich stronę. Słowami można się bawić, ale niech ta zabawa nie będzie samolubna”…

Kamil Zając: Projekt Poetry programing / programing poetry był specyficzną próbą przełożenia na siebie wzajemnie dwóch skrajnych światów – poetyckiego i programistycznego. Praca była prezentowana na wystawie we wrocławskim muzeum. To był rodzaj eksperymentu, zabawy.

Tworząc poezję, myślisz o czytelniku? O tym, żeby twój przekaz był dla niego zrozumiały? W wywiadzie z Magdą Piekarską powiedziałeś, że zawsze masz przy sobie papier, długopis i nasłuchujesz…

A widzisz, dzisiaj na przykład nie mam.

…fraz. Czy dzięki temu, że używasz języka, fraz, które się pojawiają naturalnie, twoja poezja ma być bardziej zrozumiała?

To nie jest takie zerojedynkowe. Wcześniej napisałem „Pieśni Muniny Schwartz del Adabisi”. Stworzyłem postać i pozwoliłem sobie na galopadę języka. Pamiętam jak dziś, że podarowałem świeżo wydany arkusz mojej mamie, która  po lekturze powiedziała: „bardzo ładne, ale nic nie rozumiem”. Nie chciałbym, żeby tak było. Nie chodzi o samo zrozumienie, ale bardziej o poczucie, współodczuwanie, współutożsamianie się z czymś. Myślę, że to jest ważniejsze niż sens czysto literalny. To różni wiersz od ogłoszenia w gazecie – porusza serce. Albo przynajmniej ramiona.

Myślisz, że do twojej popularności, a potem zdobycia nagrody Warto, nadawanej przez czytelników, przyczyniło się to, że prowadzisz fanpage Tkliwych Nihilistów Opanowujących Pozycję Dystansu? To, że zacząłeś się  komunikować obrazem, nie słowem.

Trudno powiedzieć. Raz to zaanonsowałem na Tkliwych, a tam jest rzesza fanów. Czy to miało wpływ? Jakiś na pewno. Weźmy jednak pod uwagę, że Facebook jest niesprawiedliwy. W tej społeczności jest ponad sto osiemdziesiąt pięć tysięcy fanów, ale zasięg postów jest ograniczony do mniej więcej dziesięciu procent najbardziej aktywnych użytkowników. Tych, którzy lajkują, komentują, szerują. Byłem tą nagrodą publiczności zaskoczony; i Tkliwi pewnie jakoś pomogli, a na pewno nie przeszkodzili. Oprócz tego: to że na rynku wrocławskim działam od wielu lat, i w jakichś tam środowiskach jestem rozpoznawalną postacią,  też pomogło. Wiem, że wygrana była miażdżąca, bo aż ¼ wszystkich głosów padła na moją skromną osobę.

Widziałam w Dwutygodniku, przy jakimś twoim tekście, notkę, że „w 2015 roku nakładem wydawnictwa Tkliwi Nihiliści ukażą się Szepty i Szyki”.

Tak.

Co poszło nie tak?

Dokładnie Tkliwi Nihiliści Records. Była taka inicjatywa, która wykiełkowała w 2014 roku. Rok później wystartowała. Ukazały się dwie płyty. Wszystko robione było w sposób szaleńczy, bez żadnych struktur. Nie mieliśmy fizycznie ani wydawnictwa, ani podmiotu, który byłby zarejestrowany. Ukazała się płyta jazzowa zespołu Moon Hoax (https://tkliwi-nihilisci-records.bandcamp.com/track/moon-hoax) oraz teledysk w ramach projektu muzyka świata w przestrzeniach Wrocławia (https://www.youtube.com/watch?v=S_WFWuoMEEk). Wydawnictwo padło śmiercią naturalną. To znaczy: żeby przetrwać, musiałoby być bardziej uprzedmiotowione. Musiałyby być jakieś dotacje. Jakaś forma działalności albo organizacji pozarządowej. Rzetelnego wydawnictwa. To była przyczyna. Kto wie, może przyjdzie jeszcze czas na reaktywację tej inicjatywy.

Z drugiej strony pomyślałem sobie, że już tego za dużo. Nie dość, że się pisze, to jeszcze chce się to samemu wydać. To jednak zły pomysł. Narodziła się więc idea akcji crowdfundingowej. Gosia Herba, która jest znaną ilustratorką, zrobiła rysunki. Ja się niestety nie wywiązałem z terminów i ten pomysł też upadł. Wtedy zdecydowałem się podesłać ten tomik do Fundacji im. Tymoteusza Karpowicza.

Nie żałujesz trochę, że te ilustracje po drodze gdzieś zniknęły?

Ilustracje były świetne. Jak zresztą większość prac autorstwa Gosi. Koniec końców ludziki z książki powędrowały gdzie indziej. Kto wie, może jeszcze kiedyś przyjdzie czas na taką współpracę.

Wracając jeszcze do nagrody Warto – nagrody publiczności. Byłeś też nominowany do Silesiusa. Co jest dla ciebie ważniejsze? Warto czy Silesius? Masz swój prywatny ranking?

Trudno powiedzieć, bo nie pisze się dla nagród. Przez wiele lat publikowałem, nie mając zwartego tomiku. Znajomi i przyjaciele dostawali różne nagrody, z jednych się cieszyłem bardziej, z drugich mniej. Nagrody są bardzo zinstytucjonalizowane.

Tylko często się o nich nie myśli, dopóki ich nie ma…

Tych nagród jest teraz bardzo dużo w Polsce i dostawanie ich jest  oczywiście przyjemne, jak ciasteczko do kawy. Jednak sama kawa jest istotniejsza. Pytałaś czy te nagrody można jakoś hierarchizować… Nagroda publiczności jest specyficzną nagrodą. Oznacza, że pewna ilość osób musiała się zalogować i oddać głos. Wśród nominowanych do nagrody publiczności Warto są ludzie z różnych dziedzin sztuki. Konkurencja była duża. Więc to, że osoba, która pisze wiersze, wygrywa, to jest na pewno wielka przyjemność.

Pewnie jeśli chodzi o taką instytucjonalizację literatury, to Silesius jest istotniejszy. Ale jego zasięg i świadomość czytelnicza są o wiele mniejsze. Wydaje mi się, że na Dolnym Śląsku o nagrodzie Warto wie więcej osób. Nie wiadomo, czy ta nagroda, teraz, w dobie zmian politycznych, w ogóle przetrwa. Kibicuję jej, bo ma już tradycję i renomę.

Twoja poezja jest mocno zanurzona w rzeczywistości, również tej politycznej. Czy teraz, w momencie, kiedy w Polsce jest dużo zmian i mamy dosyć intensywne życie polityczne, uciekasz od tej rzeczywistości, pisząc kolejne wiersze?

To wszystko jest bardzo krotochwilne i krótkotrwałe. Te zrywy i protesty. Wszystko bardzo szybko się zmienia. Polityka sama w sobie nie specjalnie mnie interesuje. Śledzę ją jako obserwator, wiele rzeczy  budzi mój śmiech. Bardziej śmiech niż jakąś grozę. Czemu daję upust na przykład w wierszach „Czarny protest” czy „Trybunał Prostytucyjny”.

Śmieszy mnie to, że Wencel wchodzi do podręczników. Cieszy, że zostaje tam Świetlicki. Ale te wszystkie zmiany, o których mówimy, w żaden sposób nie wpływają na jakoś czytelnictwa. Kanony są po to, żeby o nich dyskutować na salonach. Wszystko, co ciekawe w literaturze, dzieje się podczas procesu czytelniczego, i on nie wynika z kanonu, a z żywego zainteresowania. Z pasji. Przymusem nie da się nikogo nauczyć ciekawej literatury.

Miałem takie doświadczenie, że przygotowywałem przez wiele lat ludzi do matury z języka polskiego. Zawsze analiza wiersza była największym kłopotem. Ale przy odpowiednich metodach, dzięki odpowiedniemu doborowi tekstów i analizom porównawczym, zawsze dało się kogoś przekonać do czegoś. Takim moim numerem popisowym było to, że „Karuzelę z Madonnami” Białoszewskiego czytałem, kręcąc się. Uczeń był okiem kamery, obserwował ruch w wierszu. Tak można było to pokazać. Albo zrobić analizę porównawczą wiersza Czesława Miłosza z piosenką Paktofoniki i pokazać środki stylistyczne. Albo wytłumaczyć komuś, kto jest fanem footballu, interesuje się Manchesterem United, że to są Czerwone Diabły, i że to jest metafora. Ale to już są historie minione.

Czyli na małą skalę uwrażliwiałeś sobie czytelników.

Można tak powiedzieć, ale czy to byli czytelnicy?

Może niekoniecznie twoi. Społeczeństwo nasze nie czyta, poezji się boimy…

Boimy, a z drugiej strony wychodzi tych tomików kilkaset rocznie. Cała masa. Może problem jest w tym, że nikt tych tomików nie czyta. A może zawsze tak było? Może na tym to polega? Jak z muzyką. Niekoniecznie musimy wydawać płyty w milionach, czy tysiącach egzemplarzy. Wydaje mi się, że to działa łańcuszkowo. Jest jakiś rodzaj wrażliwości, coś co działa w czytelniku, w odbiorcy. I docieramy do tych rzeczy. Niekoniecznie to musi być tak bardzo rozpowszechnione. Nie mam tęsknot, że wiersz musi być rozpoznawalny i czytany przez dziesiątki czy setki tysięcy odbiorców. Nie mam zupełnie takich oczekiwań.

Wydanie na papierze swojego debiutu miało dla ciebie większe znaczenie (był to moment przełomowy)?

Za stary jestem, żeby się tym ekscytować. To jest pełnoprawny debiut, ale już wcześniej opublikowałem arkusz, który ukazał się w minimalnych nakładach. To było trzynaście pieśni, które rzeczywiście stały się pieśniami.

Był taki portal, nieszuflada.pl, i tam pod pseudonimem te utwory umieszczałem. One zostały przetłumaczone na język angielski przez Gwidona Zlatkesa i Ann Frenkel, którzy mieszkali wtedy w Riverside, w Kalifornii. Zważywszy na to, że Ann jest pianistką, to do tych pieśni powstał akompaniament muzyczny i śpiew. Moi znajomi je zremiksowali. Pieśni rzeczywiście stały się pieśniami (https://soundcloud.com/munina-schwartz-vel-adabi). To było ekscytujące. Byłem wtedy młodszy, inaczej podchodziłem do literatury, mniej myślałem o niej jako o instytucji.

Teraz pomyślałem sobie, że mam coś do powiedzenia w zwarty sposób, jako Kamil Zając. Już się nie muszę chować za pseudonimami, maskami. Ale to Piotrek Czerniawski w opisie do nagrody Warto napisał: „the Best of Kamil Zając”. Bo tu znajdują się też teksty starsze, które gdzieś tam publikowałem. Jest trochę nowych. No i zobaczymy jaka będzie przyszłość (czy będę publikował?). Jestem gdzieś tam cały czas z boku tego środowiska literackiego, jeśli takie w ogóle istnieje we Wrocławiu. Śledzę sobie to w zaciszu domowym, ale nie ma we mnie wielkiej ekscytacji, jeśli chodzi o samo wydawanie. Dużo rzeczy mnie miłych spotyka, ale one się dzieją mimochodem. To jest wartość naddana. Nie jest tak, że czekam, żeby coś wielkiego się stało. Drobne rzeczy cieszą, i tego się człowiek uczy z wiekiem.

 Z Kamilem Zającem rozmawiała Weronika Sowińska