Filip Larkin. W porzo facet, choć urzędnik

Idą radosne, wiosenne Święta; czy poezja Filipa Larkina jest odpowiednia na powitanie nowego życia? Czy pesymizm przenikający jego wiersze zdolny jest nas ogrzać, zmarzniętych zimowymi nocami i dniami? (Zwano go ?najsmutniejszym sercem supermarketu”).
Raczej nie, ale nie jest przecież Larkin nihilistą (tak go postrzegał Miłosz i napisał Przeciw poezji Filipa Larkina) i warto spojrzeć na otaczający nas świat życie oczami „biuralisty, któremu objawiła się kiedyś poezja” (Seamus Henney, który  dostrzegał w poezji Larkina „oceany światła”). Więc może i nam szaraczkom poezja się kiedyś objawi?
Tomasz Majeran: „Lubiłem i lubię w Larkinie idee, że skrajnie pesymistyczne, wręcz wywrotowo pesymistyczne obserwacje można zapisać w spokojnym rytmie klasycznego wiersza. Że taki nieomal akademicki rygor powoduje, że brzmią one znacznie mocniej niż krzyki Ginsberga”.
W plebiscycie czytelników niepozorny bibliotekarz z Hulln uznany został za najwybitniejszym angielskim poetą XX wieku.

Czas na przykład. „To może taki wierszyk”.

Jebią ci życie mamcia z tatkiem,
Może i nie chcą, ale jebią.
Oprócz win własnych na dokładkę
Jeszcze ci kilka ekstra wlepią.

Lecz im zjebali życie inni,
Głupcy w cylindrach i pelisach,
Co albo byli mdławo-sztywni.
Albo się chcieli pozagryzać.

Człowiek drugiemu przekazuje
Rozpacz wciąż głębszą, jak dno rzeki.
Zwiewaj stąd, póki możesz uciec –
I nigdy nie miej własnych dzieci.

(w tłumaczeniu Jacka Dehnela)

I co?

Tłumaczył Larkina niestrudzony Stanisław Barańczak, Dehnel (całość), Jarniewicz (chyba najbardziej wkręcony w Larkina człowiek w kraju nad Wisłą). Myślą Larkinem i anty-Larkinem Bronisław Maj i Jakub Winiarski. Inni.
Coś musi być na rzeczy.
Spróbowałem Larkina i ja.
Spróbowałem przetransformować poezję Larkina na prozę, bo czyż świat tego poety codzienności nie jest i moją codziennością, rzeczywistością?

Na Święta więc, obok Alleluja! dla wszystkich Czytelników, fragment opowieści o jednym moim (i Larkina,  za co F.L. przepraszam, choć go to już mało obchodzi), niekoniecznie wesołym, dniu. Nie wskazuję, gdzie Larkin, a gdzie ja. Prawdę powiedziawszy, już nie pamiętam.

(Początek i koniec opowiadania ?Mój sąsiad, pan Bleaney?).

Rankiem w domu

Ja: Budzik zadzwonił, ale już nie spałem. Przykryłem go wilgotną dłonią i chwilę leżałem jeszcze, wpatrując się w sufit. Po co są dni? W dniach mieści się nasze życie. Jeden po drugim nastają i budzą nas ze snu. Robią to sprawniej niż nasze łóżkowe zegary.

Szósta trzydzieści jeden, trzydzieści dwa, trzy. Złożyłem gazetę, wsunąłem stopy w zimne pantofle, podszedłem do okna. Trzydzieści pięć. Zaraz wyjdzie, postawi kołnierz kurtki, chuchnie w ręce, wyprowadzi rower przed furtkę, zamknie bramkę i ruszy do pracy, gdzieś tam. Nie wyszedł, nie wyprowadził. Na piętrze, na balkonie pojawiła się natomiast pani West, w szlafroku, z wałkami we włosach ? o tej porze podlewa swoje kwiaty – skinęła mi ręką, ale odwróciłem się i poszedłem do toalety. Wszystko poszło tym razem dobrze. Gdzie żyć, jeśli nie w dniach? Płatki na mleku, lekko osłodzone, poranne wiadomości na kanale ósmym, filiżanka mocnego earl greya. Spojrzałem w lustro, wiszące w sieni: porządny facet, równy chłop, nieskazitelnie biały gość. Zamknąłem drzwi, na dwa zamki, wróciłem się jeszcze od furtki, ale zamknięte, na pewno. Oparłem się pokusie przycupnięcia na ławce, poszukałem wzrokiem pani West, ale już jej nie było.

Więc prosto do skrzyżowania, w prawo ukosem, znów w prawo, rzeźnik, fryzjer, damski i męski, warto by zajść któregoś dania, totalizator sportowy, znów nic, mur z reklamami i ogłoszeniami, wokół parku. ?Zwiedzaj słoneczną Walię?, zimą śmiała się na plakacie, klęcząc na plaży w kostiumie opiętym, wciętym w talii. W marcu ktoś bryznął na nią błotem, dorysował obwisły biust i krocze na kształt czarnej jamy, a między jej uda się wcisnął bulwiasty kutas z jajami. Dziś wisi tam ?Zwalczaj raka?. A nawet chciałem się wybrać. Trudno, pojadę walczyć z rakiem. Ale jeszcze nie teraz, nie teraz, potem. Stałem jeszcze czas jakiś, patrzyłem. Srebrny nóż się zatapia lekko w masło złote; szklanka mleka na łące. Głębokie fotele w kolejce do wieczornej herbatki, grzejniki (gazowe lub elektryczne), koty w ujęciu trzy czwarte, na ciepłej macie obok pary kapci ? identycznych jak moje; kotów jednak nie mam. Obrazy szczęścia. Wyjąłem zapałki, wysupłałem z paczki papierosa. Wiało, zapałka zgasła, i druga. Cholera. Zapaliłem w końcu, zaciągnąłem się, pięć minut czystej przyjemności. Zmrużyłem oczy, cień wolno przesuwał się pod drzewami. Czy mi się zadawało, jak poprzez słońcem skropione aleje parkowe, jak po wodzie, idzie właśnie ona, nieostra, której zapałka nigdy nie zgasła? Uśmiecha się, poznaje i znowu ciemnieje. Przydeptałem, zgasiłem peta. Spotkamy się jeszcze tego dnia, bądź pewna, Siostro. I potem. Tak, pora zaczynać, dziś tylko dwie godziny, a trzeba podpisać papiery. Przeskoczyłem ulicę, teraz kilka schodów, ciężkie drzwi, hol. Dzień dobry dyrektorze, według pana można regulować zegarek.

 

?

Nocą

?Siostra: Witaj, mój przyjacielu. Wreszcie jestem. Spóźniona? W końcu zawsze przychodzę. Zaśpiewaj mu ptaszku wieczorną cichą pieśń. Tiwit, tiwit, flipi, flipi, tu-ru, tu-ru – drozd śpiewa otoczony wawrzynami w głębokim nagim ogrodzie. Zjedz teraz czerwone jabłko. Patrząc na lot ciśniętego ogryzka, widzę coraz mniej fartu. Nie, nie było zatrute, nie jesteś ani Śnieżką, ani Alanem T. Igło, którą on wydłubuje kawałek drzazgi z palca (bo ona wciąż tam jest, ta drzaga-Weronika), też krzywdy mu nie rób. Jest na to inny sposób. Bąbelek zbiera się uparcie na twoim czubku. Przebijemy go tak szybko, jak się da. Będzie tak znów rósł, aż zaczniemy? Kropelka krwi i tyle, dzielnie się spisałaś, cienka, wiotka skóro. Mówiłam ci kiedyś: Musisz się zużyć i wytrzeć, rozciągnąć w starą, wyschłą i workowatą płachtę. I jest jak znalazł. W chwili? (tu kaszel) się rozpadasz: cząstki dawnego ciebie rozchodzą się na zawsze, coraz szybciej i szybciej i nikt tego nie ogląda. Ale jeszcze nie teraz, to potem.

Połóż swój dziennik na stole, ale nie pisz już więcej o sobie. A puste strony? Jeśli mają zostać zapełnione, to tylko obserwacjami obrotów sfer niebieskich, dni kwitnień pierwszych kwiatów i odlotów ptasich. ?tak, dobrze. Zamknij dziennik w dolnej szufladzie biurka, a klucz wrzuć do otchłani, niech spada. ?Życie jest to powolna agonia?, czyż nie tak pisałeś im wszystkim? I gdy im się to powie, niektórym nic to nie mówi, a innym nie pozostawia nic, co by można powiedzieć. Cóż zatem? Tylko śledzić, jak klucz leci w dół? Ja jednak, podzwaniając, śpiewając – mam w tym niejaką wprawę – wrzucam cztery kostki lodu do szklanki, dodaję potrójny gin, potem jeszcze plasterek limonki, to zaś dopełniam mgłą toniku, który wszystko, po krawędź, w kilku chlustach piany wygładza. I wznoszę toast na ciebie. Czwarta. Klinami cienia pocięte, ogrody leżą pod wysklepionym i ogołoconym niebem. Zabawne, jak chyżo pomyka księżyc poprzez rozsnute, jak dymy z armaty, luźne chmury.

Masz tu talię kart, wyciągnij jedną i połóż na stole. To ?Rydwan?. Odczytaj numery, już czas, Filipie, już czwarta.

W opowiadaniu (dotąd niepublikowanym) wykorzystuję fragmenty dostępnych po polsku wierszy Philipa Larkina, przetłumaczonych przez Stanisława Barańczaka (Philip Larkin 44 wiersze) oraz Jacka Dehnela (Philip Larkin Zebrane), z tomów: The Less Deceived (1955), The Whitsun Weddings (1964), High Windows (1974).

Ryszard Lenc

 

PS

Zapraszam do kwietniowej Twórczości, która zamieszcza opowiadanie ?Geoda?, moją opowieść o dawnym Śląsku na motywach poezji W.B. Yeatsa.