www.metmuseum.org

 

 

 

 

Imieniny
A mówiłem sobie: nie wychodź. Zima
podstępnie, w pełnym słońcu, podłożyła
ładunek gradu, sygnalizacja jest
sparaliżowana. Moje skrzyżowanie
przestało migać, moje krzyżowanie
już nie zmienia barw, nie wzniecają ognia,
nic o niczym nie ostrzega. Kiedyś ktoś
mnie wybrał, potem ja powoływałem,
ale zawsze lubiłem drugi rząd, szereg,
sznurki i te rzeczy. Albo w drugim rzędzie
we dwóch lub we dwoje i wtedy lekko
poruszać resztę, bo „więcej” potrzebuje
subtelnych sposobów. Od dziś wychodzimy
z łóżka, mówi, kiedy wracam. Z łóżkiem
koniec, teraz będziemy robić to tylko
w łazience, na podłodze, w szafie i na
fotelach. Czy lepiej: oparci o lodówkę
lub na parapecie okna, tak żeby był ziąb
i chłód – rozumiesz A? – by przez nasze
plecy i pośladki wysiadła potem
lodówka i szczodrze płakały szyby,
dopóki nie dopadnie nas reumatyzm,
osteoporoza i dna, nie sięgnie
po nas zima, wyjedziemy nad czarne
morze, wyłonimy się z tła, gdziekolwiek,
na skrzyżowaniu krzywym, z przygiętym
krzyżem; będziemy o tym do nich mówić,
cicho rozpalimy ognie, dodamy
pomarańcze, peloponeską zieleń,
a wtedy to pierwszeństwo i twardy krok,
by już się nie przemykać, nie zamykać się

 

 
Au lecteur
Na górze solidne, gęste rusztowania. Sieć
pełna pustych dni, wąskie oka wznoszące
jeszcze wyżej ruinę. Ale oczy nie, sens
czołga się niżej chmur, mgieł, osadza się
na ścianach niskich domów, kiosków, wątpi
w strzelistość polerowanych kamieni.
A potem widok, druga strona: jak mawiał
emerytowany papież, pesymizm
nie wyklucza nadziei. Toteż widok
szepcze: „Władimir Władimirowicz Putin
popełni spektakularne samobójstwo
albo zostanie otruty przez swoich ludzi
polonem. Rzeczpospolita Pięciorga Narodów
rozbłyśnie na firmamencie Europy i
świata. Wszyscy otrzymają granty, więc
będą niesłychanie kreatywni, a ja miał
będę granty gdzieś, ich pomysłodawców
błogosławił i omijał szerokim
łukiem, to i owo napiszę, a o zmroku,
na deser, poczytam faszystowską prasę
podlaną lewackim sosem i nic nikomu
do tego, żadnych sankcji i linczów”. A gdyby
ktoś wątpił, to nie jest wiersz polityczny.
I nie wiem, czy ironia ma w nim jakiś
udział, czy tylko dwa kły. Pesymizm i
optymizm także są niepewne, jak
niestabilne i rozmyte słowa, lecz –
prawda? – niczemu to nie szkodzi, mój idealny,
a może idealistyczny, czytelniku,
który osobą zapewne jesteś, realistą

 

 
Umyte dusze (Genezyp. 2015)
To już nie jest literatura. Ale o czymś tak
kapryśnym, mimo niezliczonych doświadczeń, nic na
pewno powiedzieć się nie da. Można to jednocześnie
robić: prorokować i marzyć. Nie ma co, miał nosa
do katastrofy i utopii. Otóż, jasne: już
dochodzimy do granic, „ludzki system centralny”
roztapia się, dominują dancing, sport, brydż i radio
(nie znał jeszcze wielu, biedak, nowych rozrywek), ale
przecież na horyzoncie mamy prawdziwą, bezklasową
demokrację, domek z ogródkiem, kobietę i
szczoteczkę do zębów. Może więc zacząć od góry, bo
jednak szkoda tych wielkich i dziwacznych (arystokraci
mają jaja, Hitler i Stalin, no i Piłsudski, choć
ten zmarnował swoją szansę), a ogólna prohibicja
mogłaby brać pod uwagę jakieś wyjątki: przynajmniej
dla artystów – alkohol i peyotl. Tak czy owak,
przewidział: Czesław też pisał o bóstwie wódki i
kiełbasy, samotnie pocieszał się solidnymi
porcjami, biedne choro Wacisko (z tym Platonem nie
do końca miał rację), brał morfinę, powtarzał „necelh
jidara”, jakby tam lub w nazwach łacińskich, falistych
kultur tyranii, trzeba było zmieścić istotę
rzeczy, a nawet ten, co mógł zlekceważyć Tajemnicę, i
„przeciw poetom” stroił żarty, dał się zarazić zarówno
proroctwem jak i obietnicą. Teraz za każdym
rogiem czai się naga Albertynka, na ekranie,
bilbordzie i w sklepie – czysta, wydepilowana,
pachnąca. I ulicami defilują wciąż smardze
ze swoim kompleksem czy węzłowiskiem, a gdyby
skończył na literaturze (niech to będzie nawet
powieść), dziś mielibyśmy szanse, przeszlibyśmy to raz
i trwałaby równa, spokojna praca maszyny
oraz bydła

 

 

Andrzej Niewiadomski