Makieta Funerałmały

(opowieść komiksowa w przygotowaniu)

Dopiero trzydziestkę przekroczyłem, no ale wiadomo ? licho nie śpi. Wpadło mi trochę ekstra kasy i pomyślałem, że se fundnę miejsce na cmentarzu i jakiś porządny nagrobek.

Żeby  mieć mieszkanko u progu tamtego świata.

Załatwiłem wszelkie formalności i dosyć szybko stanął mój przyszły domek. Sarkofag. Grobowczyk.

Na płycie, żeby nie było wątpliwości, kazałem wyryć moje nazwisko, widziałem, że tak ludzie robią, taki identyfikator.

Zresztą, dobrze to o mnie świadczyło.

Że jestem zapobiegawczy taki. Przewidujący.

Pod nazwiskiem poleciłem wykuć mniejszymi literami non omnis moriar. Fajnie to wyglądało, inteligentnie i oryginalnie. Specjalnie przeszedłem się po kilku cmentarzach, nikt tak nie miał.

Raz, dwa razy w miesiącu chodziłem na cmentarz i myłem mój grób.

Ile syfu zbiera się na tym! Wiadomo ? kurz, osady ze spalin, sadze. Aż się przestraszyłem, że od tego ciągłego pucowania nagrobek zmatowieje, kupiłem specjalne miękkie ściereczki w sklepie fotograficznym, takie do obiektywów. Po skończonym myciu nawet pyłek nie zostawał.

Kiedyś przyszedłem dokonać zwyczajowego czyszczenia. Zamiast mojego nazwiska na płycie widniało nazwisko i imię jakiejś kobiety, data urodzenia i śmierci. Zostało tylko to moje non omnis moriar. Świeże w miarę kwiaty jeszcze leżały. Ktoś do własnych celów wykorzystał niecnie mój grób.

No ale ja sroce spod ogona nie wypadłem, co to, to nie.

Ubrałem się na czarno, twarz zasłoniłem kominiarką, wziąłem kilka niezbędnych narzędzi i w nocy wybrałem się na cmentarz. Przeskoczyłem ogrodzenie, szybko odnalazłem mój grób. Odkułem górną płytę, odsunąłem i wskoczyłem do środka.

Smród i zaduch buchnęły mi w nos.

Zemdliło mnie.

Wynurzyłem się szybko na powietrze, zaczerpnąłem ogromny haust i wstrzymałem oddech. Zanurkowałem ponownie. Zacząłem mocować się z trumną.

Ciężka jak skurwysyn. Postawiłem ją w pionie i wyszedłem na górę. Z ulgą zaciągnąłem się świeżym powietrzem.

Jakoś wytaszczyłem trumnę z grobowca, ale za wcześnie wypuściłem ją z rąk, wypsnęła mi się tak naprawdę, i, pierdolona, piznęła o sąsiedni nagrobek, otwarła się i trup wypadł.

Dopiero zaczęło dyfić! Reakcja mojego organizmu była natychmiastowa ? zwymiotowałem, wprost do kominiarki.

Ciepłe wymiociny spływały po mojej twarzy, za chwilę spłukiwać je zaczęły łzy wściekłości i bezsilności.

Zerwałem kominiarkę i wytarłem twarz.

Coś z tym rabanem musiałem zrobić.

Ułożyłem otwartą trumnę jak trzeba i chwyciłem miękkiego, giętkiego nieboszczyka. Chodziły mu po twarzy białe robale, przechadzały się, spacerowały, jakby nigdy nic.

Jeden ugryzł mnie w palec.

Upchnąłem truchło w pudle i zabiłem gwoździami, odkułem płytę sąsiedniego grobu i tam umieściłem nieproszonego gościa. Gościówę.

Prawie świtało, kiedy skończyłem. Jeszcze skułem obce nazwisko i na powrót wyryłem moje. Trochę topornie to wyglądało, ale przynajmniej się zgadzało.

Następnej nocy zrobiłem trzy kursy na cmentarz. Przytachałem mały telewizor, laptopa, materac, kołdrę, poduszkę, lampkę turystyczną, kuchenkę i parę książek.



Tekst: Roman Lipczyński, rysunek: Paweł Garwol




Osobno

Paweł Garwol, rocznik 1976

Pawła odwiedzam w pracowni, która mieści się na ostatnim piętrze dąbrowskiej ?Sztygarki? (obok małe atelier Romana Lipczyńskiego). Surrealistycznie: stara szkoła, puste przestrzenie wielkich korytarzy, na blejtramach obrazy. Oleje i akryle, formaty raczej z tych większych. Symbolizm, metafory. Od myśli do malarskiej realizacji. Spisuję z netu: ?Inspirację dla mojej twórczości stanowią przede wszystkim własne doświadczenia, przemyślenia i poszukiwania…?.

Przeglądamy fotografie różnych realizacji Garwola: forma przestrzenna Process in progress, Recycling prace, których motywem wyjściowym jest odpad, śmieć, denko, puszka, koperta. Fantasmagoryczne fotografie Noizz city. Fotogramy płaskich jak naleśniki fasad domów (***), instalacja Bolek i Lolek. Rozmawiamy i po raz kolejny odnoszę wrażenie, że myśli i emocje kłębią się w tym ? pozornie spokojnym – człowieku i z trudem znajdują ujście. Stąd pewnie ta niejednorodność, niepokój formy, to szukanie. Pokazuje mi rysunki do książek. Piórko, teraz rapidograf. Przypominają mi się ilustracje Julesa Férat do książek Verne?a.

(www.garwol.pl, tam też lista wystaw)

Dotyk, 200 x 130, olej na płótnie

Dotyk, 200 x 130, olej na płótnie

PG2mały

Process in progress, forma przestrzenna

Roman Lipczyński, rocznik 1975

Fotograf, autor portretów i obserwator martwej natury. Portrety czasem przyswajam, czasem nie, martwą naturą zachwycam się. Detal, zabawne i zaskakujące skojarzenie, połączenie, cytat. Wszechobecny nastrój żartu, zabawy. Cykle: pan Andersen, przewrotniki, moje didaskalia, plakaty, których nie było, inne. Pokazuje się na wystawach

Pisarz. Krótkie formy, jedno- dwustronicowe opowieści, które są jak jego fotografie: zwarte, zaskakujące, czasem z pułapką paradoksu. Także autor większej całości (powieść Zbieg z okoliczności, której nie znam).

Bloger. www.dlaniepoznaki.blogspot.com dedykowany rzeczom i wyobraźni. Cykl powstawania jest taki: znalezienie (trzeba mieć oko, by dojrzeć: na chodniku, przy murze, za ogrodzeniem), skojarzenie (wyobraźnia pracuje intensywnie), ?podniesienie? (akt kluczowy), przetworzenie (czasem R. coś do rzeczy dodaje, z czymś ją łączy itd.), sfotografowanie (w studiu), zapisanie wersów-refleksji. Czyta się, patrzy i goni myśli blogera. Język chropawy, intryguje.

Okno na podwórze z cyklu plakaty, których nie było

Okno na podwórze z cyklu plakaty, których nie było

(www.romanlipczynski.com)


Razem

PiRmały

Mieszkają w Dąbrowie Górniczej. Poznali się w szkolnych czasach, na wagarach, z czego jednak nie wyciągają daleko idących wniosków. Fakt jest taki, że przetrwało, a teraz materializuje się w komiksach.

Najpierw jest opowiadanie Romana. Jeśli Paweł zaakceptuje (nie zawsze tak musi być), obmyślają scenariusz. Paweł szkicuje storyboardy, w tym czasie korygują scenopis. Paweł siada do rysowania, Roman pisze łączniki, dymki. Koniec, następne.

Tak powstał komiks Bez końca, wydany w 2102 roku przez Kulturę Gniewu. Z nowego Chwila jak płomień (w przygotowaniu) przedstawiam opowieść: Funerał na ciało. W książce obrazy zastąpią tekst. Ktoś pisał o toporowskim klimacie Bez końca.  Dodam, że klimat ten tworzy i Narracja (Lipczyński), i ?Ryty? (Garwol).

Tworzące duety. Każdy z nich miał, ma swoją metodę (bracia Goncourt, Strugaccy w powieści, w filmie Joel i Ethan Coenowie, Jan i Zdeněk  Svěrákowie, w muzyce Simon i Garfunkel, McCartney i Lennon, Zillmannowie w architekturze).  Czy technologia, metoda wystarcza? Nie sądzę.

Opracował Ryszard Lenc