www.metmuseum.org (Nadar, „Pierrot Running”).

 

 

 

 

 

Nadczłowiek

 

W koło ani żywego ducha. Sąsiad od Jamnika, Sąsiadka z Piętra Poniżej, Starsza Sąsiadka z Mieszkania Obok, pan Grzegorz Filatelista i Kioskarka zostali na Osiedlu. Papierosowa przerwa zapowiadała się spokojnie. Bez wybałuszonych spojrzeń, bez pokazywania palcem, skrytych szyderstw i otwartego stwierdzania, że: „A fe! Przecież pan już papierosów od dawna nie palisz!”.

Biegłem. Ścieżka ciągnęła się koroną wału przeciwpowodziowego, który schodził trawnikiem ku brzegom rzeki. Drogę tarasowały grube gołębie. Z trudem i wysiłkiem, ponaglone perspektywą spotkania z czubkiem buta, ustępowały mi miejsca. Zatraciły jakąkolwiek płochliwość, czy zmysł przetrwania. Wyzwania współczesności nie są łatwe, sukces osiągają najsilniejsi. Grube gołębie giną jako pierwsze. Dlatego biegłem.

Górą sunęły ciężkie chmury, podmuchy wiatru szarpały dotkliwie. W kieszeni joggingowej kurtki oddychającej, oprócz świeżej paczki papierosów, leżały tylko zapałki. Odpalanie zapałkami, nawet podczas dobrej pogody, nie wychodziło mi najlepiej. Czyjeś dobre dłonie musiały zwykle utworzyć kopułkę nad czubkiem zapalanego papierosa. Dopiero wtedy dawałem sobie radę. Ruszyłem dalej, licząc na przypadkowe spotkanie z dobrym samarytaninem, którego kopułka pomoże spełnić moje niezdrowe marzenie.

Gołębie z trudem odbiły się od ziemi. Ścieżką śmignął pan na rowerze. Pochylony, skoncentrowany, zdeterminowany, wsłuchiwał się w raporty elektronicznego pomocnika, nadawane przez słuchawkę z aplikacji w smartfonie. Nawet nie próbowałem go zatrzymać. Asystent z aplikacji na pewno odradzi mu postój przed zakończeniem cyklu treningowego. Do tego, nie mogłem poprosić go o COŚ takiego. Z pewnością uznałby to za… zdrożne.

Biegłem więc dalej. Przed sobą zobaczyłem garbatego faceta w starym palcie i wysłużonym kapeluszu. Aplikacja joggingowa odnotowała wzrost tętna. Komputerowy głos kobiety, poprosił uprzejmie, żebym mierzył siły na zamiary. Obdartus dobrze rokował. Wyglądał na człowieka z czasów, w których palenie papierosów traktowano jako przygodę na Dzikim Zachodzie, a nie formę śmierdzącego, rozciągniętego w czasie samobójstwa. Dłoń położyłem na kieszeni. Już za sekundę… Facet zsunął się ze ścieżki i zniknął między krzakami.

Niechętnie korzystałem z pomocy innych. Wykonałem telefon do przyjaciela, który ochoczo przystał na spotkanie. Umówiliśmy się na wale przeciwpowodziowym, w miejscu dogodnym dla obu stron. Aplikacja odnotowała z satysfakcją, że moje tempo osiągnęło poziom optymalny.

Gołębie truchło na ścieżce. – Sam sobie jesteś winien – pomyślałem. Biegłem dalej, w towarzystwie wąskiej, czerwonej smugi gołębiej krwi. Ślad kończył się na wybitnej, zżółkłej kępie trawy. Poniżej ścieżki, w połowie stoku leżał elegancki górski rower ze scentrowanym, przednim kołem. Tuż nad brzegiem bulgoczącej rzeki zobaczyłem właściciela pojazdu – zmotywowanego rowerzystę, który śmignął obok mnie jakiś czas temu.

Mężczyzna w obcisłym, sportowym stroju leżał na brzuchu, z twarzą przyciśniętą do rozmokłej ziemi. Zeskoczyłem ze ścieżki i pobiegłem pochyłością w stronę poszkodowanego.  – Nic panu nie jest? – zapytałem. Rowerzysta pozostał niewzruszony. Ekran zamkniętego w wodoszczelnej opasce smartphone’a kolarza rozjaśniały komunikaty. Telefon martwił się zbyt długą przerwą w treningu.

Paczka papierosów w kieszeni kurtki zaciążyła mi nieprzyjemnie. – Na co dzień dbam o siebie. Tyko czasami… – urwałem. Rowerzysta się nie ruszał. Niebo burknęło. Pogoda wyraźnie mi nie sprzyjała. – Muszę kontynuować, pan na pewno to rozumie – powiedziałem i ruszyłem w stronę wzniesienia. Mój telefon też wysyłał ponaglające komunikaty.

Przyjaciel czekał w umówionym miejscu. Zanim podałem mężczyźnie dłoń, przerwałem pomiar treningowy. Telefon podziękował mi za poświęcenie i wysiłek. Podsumowanie treningu poleciało na Facebooka. – Bardzo fajno, że się widzimy – powiedział kolega. Twarz miał troszkę bardziej tęgą, czoło trochę wyższe, skórę odrobinę bardziej pomarszczoną. Zła dieta, brak ruchu, stres.
– Jestem zapracowany – stwierdziłem, gmerając entuzjastycznie w kieszeni. Kolega trochę się zmarszczył. – Nie przy dziecku – powiedział, kiedy wyciągnąłem papierosy. Jego dłonie zaciskały się na rączce dużego, opatulonego pokrowcem wózka. Pod mętną, plastikową folią rysował się jakiś kształt. – Maria mówi, że  dobrze z nim wyjść w taką pogodę. Hartuje się. Będzie silny i zdrowy – wyrecytował kolega. Kształt pod folią pozostawał nieruchomy. – Widziałem dziś trupa – powiedziałem. – Zawsze byłeś zabawny – powiedział. Papierosy nie chciały wyjść z kieszeni. Karcące spojrzenie kolegi blokowało mnie skutecznie. – Źle wyglądasz – syknąłem z irytacją. Kolega chrząknął i przejechał dłońmi po wydymającym kurtkę brzuszku. Obróciłem się na pięcie i ruszyłem ścieżką z powrotem,  w stronę Osiedla.

– To nie są wyścigi – powiedziała aplikacja. Przyspieszyłem. Skłębienie chmur wzrosło, ściemniło się, krople deszczu przybrały na masie i częstotliwości padania. Nieprzyjemna, gryząca wilgoć przedzierała się przez warstwy okrywających mnie, oddychających tkanin. Lada moment woda zaatakuje zapałki. Jeżeli do tego dojdzie, nic mnie już nie uratuje.

Rowerzysta żył i siedział na trawie. Zbiegłem po pochyłości. Starszy mężczyzna z przystrzyżoną od linijki, siwą bródką zawiesił na mnie mętne, oszołomione spojrzenie. – Miałem wypadek – stwierdził bezbarwnie. Rozejrzał się niepewnie, powiercił się, podrapał po kasku, położył dłoń na brzuchu, wyciągał ją w stronę wywróconego roweru. Ostatecznie sięgnął po telefon w wodoodpornym etui i wyłączył pomiar treningu. Wstrzymał publikację wyników na Facebooku. – High score’a diabli wzięli – powiedział smutno. Spod rowerowego kasku, po skroni, sunęła strużka krwi.

Spróbował wstać. Opadł z plaskiem na mokrą trawę. Powyżej, na ścieżce znów pojawił się facet w długim płaszczu i kapeluszu. Sunął w stronę stadka tłustych gołębi. – Często mijam tego gościa – powiedział starszy mężczyzna, strużka krwi dotarła już do policzka. – Mówią, że to był wielki sportowiec. Harował jak wół i przyszły efekty. Skakał w dal jak anioł. Mieli go do Seulu brać. W sierpniu, tuż przed wyjazdem, pobił nieoficjalnie rekord świata. I wyobraź sobie, że do Seulu nie pojechał. Złoto zabrał do Alabamy Lewis. Facet został w kraju, bo mu córka zachorowała. Ludzie byli rozczarowani, ale zrozumieli. Potem szykował się do Barcelony. I znów, jakoś tak tuż przed wyjazdem, to dziecko, ta jego ukochana córka, zachorowała… i zmarła. Nigdzie nie pojechał. Medal zgarnął ktoś inny. Mógł mieć wszystko, a nie ma nic: ani dziecka, ani medali. Ani mieszkania, ani kasy. Jest sam. Mówią, że żre te gołębie. Był blisko … Jak można tak źle wybrać?! Mężczyzna o równo przystrzyżonej bródce wziął głęboki oddech i trochę się uspokoił. Zaczął gmerać w zawieszonej u pasa torebce – nerce. – Czy mógłby pan? – zapytał uprzejmie.

Zrobiłem z dłoni kopułkę, a rowerzysta odpalił papierosa. – Rzuciłem dawno temu – powiedział.
– Jestem dyrektorem zarządzającym w oddziale międzynarodowej korporacji. Centrala stawia nierealne żądania. Młodsi od dawna ostrzą sobie zęby na mój stołek. W domu też mnie szarpią. Małżonka doszła, że mam romans. Kancelarie są w trakcie negocjacji warunków rozstania. Stracę dużo pieniędzy, dzieci pewnie też. Do tego matka mi choruje. Nie byłem za dobrym synem, mam przez to wyrzuty – powiedział, zaciągnął się czule. Stróżka krwi pokonała policzek i nieregularną plamą rozlała się pośród siwych, równo przystrzyżonych włosków brody. – Nie rozlecę się jak tamten typ. Haruję jak wół… Dlatego czasami muszę odpocząć. Po prostu. Po ludzku. Odpocząć – powiedział mężczyzna i uniósł dłoń z papierosem.

Deszcz szumiał, woda w korycie bulgotała. Wiatr huknął. Rowerzysta obrócił głowę. Wiatr ryknął. Facet w płaszczu wyprostował się, wyglądał posągowo i dumnie. Pochylił się, delikatnie uniósł brodę i zacisnął pięści. Ruszył! Potężnymi, pełnymi siły susami pokonywał kolejne metry. Wybił się przed wyimaginowaną belką startową i poleciał. Jak anioł poleciał. Kapelusz odfrunął, poły płaszcza rozłożyły się jak skrzydła. Wpadł w sam środek stada otępiałych gołębi.

Rowerzysta sapnął i zaciągnął się potężnie. Kilkukrotnie otarł wierzchem dłoni twarz. Rozmazane krew i błoto zastygły w kształcie upiornej maski. – Czy mogę prosić? – zapytałem. – Oczywiście – powiedział kolarz i ułożył odpowiednio dłonie. – Trzeba czasami odpocząć – stwierdził.

Grube ptaki znów zbiły się w gromadkę, otoczyły leżącego na asfalcie faceta. Ten uniósł się i usiadł. Sięgnął po leżący niedaleko kapelusz i wcisnął go na łysiejącą czaszkę. Siły z niego zeszły, znów był pokrzywiony, niezdrowy i stary. Tłustego, otępiałego gołębia schował do przestronnej kieszeni ubrudzonego błotem płaszcza.

 

 

 

Marcin Pluskota

Wrocław, styczeń 2017