Wrócił do domu i zastał stojących przed drzwiami smutnych panów w płaszczach. Kto przychodzi do domu o szóstej piętnaście, pomyślał. Dzień dobry, czy pan to pan Jarosław M., pesel 90020642069? Tak, a panowie to kto? My z Wydziału Aresztowania. Chcielibyśmy pana aresztować. Za co? Spokojnie, wszystko na pewno się wyjaśni w odpowiedniej instytucji. My takich rzeczy nie wiemy. Tylko aresztujemy. Dobrze by było, jakby pan nie robił problemów, bo na siódmą jeszcze mamy wizytę na Fabrycznej. Chcielibyśmy zdążyć przed korkami. Jarosław nie myślał długo. Natychmiast zerwał się do biegu. W jego organizmie uruchomił się mechanizm walki i ucieczki. Rdzeń nadnercza wyzwolił w ciągu ułamka sekundy całą fontannę hormonów, potęgujących możliwości jego ciała do nadludzkich wręcz poziomów. W żyłach zabuzowały adrenalina, kortyzol i testosteron. Tętno przyspieszyło, układ trawienny zatrzymał działanie, zwieracze zacisnęły się. Tłuszcz i glukoza zostały wyzwolone, tak by ciało wykorzystało wszelkie zapasy i osiągnęło niewyobrażalną moc podczas tego kluczowego momentu. Wszystko zostało zoptymalizowane do maksimum, jak w maszynie, by podołać najważniejszemu zadaniu: ucieczki przed źródłem bieżącego stresu. Teraz możesz więcej, śpiewało całe jego ciało. Jesteś szybki jak gepard. Nieuchwytny jak koliber. I zerwał się, niczym Seabiscuit na dźwięk pistoletu startera. Ruszył. Biegnij, Jarosław, biegnij. Zostaw to, co ci zagraża, daleko w tyle. Bądź wolny. Zanim ubiegł metr, cios pałką w nerki zwalił go z nóg.

Obudziło go intensywne światło i chlupot wody wylanej na jego twarz. Jego koszulka była pokryta wymiocinami. Spragniony, wychlipkał wodę wargami. Niesmaczna, pomyślał. Dostałem raport, wedle którego sprawił pan sporo problemów przedstawicielom Wydziału Aresztowania. Mało co, a się by spóźnili na siódmą na Brodzką. Jak pan myśli, jak to wpłynie na pański wyrok? Dobrze czy niedobrze? Nie wiem, co pan sobie myślał… Gdzie ja w ogóle jestem. Kim pan jest. Spokojnie. Jako obywatel ma pan prawo do dokładnych informacji, oczywiście. Jest pan w Wydziale Przesłuchiwania. A ja jestem jego pracownikiem. Odpowiadam za przesłuchiwanie. Jarosław rozejrzał się po obskurnym, brudnym, piwnicznym pomieszczeniu, oświetlanym wyłącznie jedną chybotliwą żarówką, skierowaną prosto w jego oczy. Nie była energooszczędna. Nie wiedziałem, że tak wygląda przesłuchiwanie w kraju Unii Europejskiej w 2017 roku. No no. Nie wiedział pan. A był pan kiedyś wcześniej przesłuchiwany? Tylko jako świadek. No właśnie. Tylko jako świadek. Jak długo pan żyje? Lat 27. I widzi pan, panie Jarosławie, człowiek zawsze się może dowiedzieć czegoś zupełnie nowego o życiu.

Imię i nazwisko? Jarosław Miłoszewski. Czy to prawdziwe dane? Nie. Gdzie pan się urodził? Za Brzegiem. Ile za Brzegiem? 400 kilometrów. Spędził pan całe życie tutaj? Oczywiście. Pana adres zameldowania? Ślazowa 2. I co, nie ma pan wrażenia, że robi pan swojemu schronisku złą renomę, trafiając do takiego miej? Przeciwnie, uważam siebie za chlubę schroniska, rokrocznie jestem w czołówce olimpiad matematycznych i z polskiego. W takim razie czemu jeszcze nikt pana nie wziął? Mam taką teorię. Ludzie nie chcą, żeby ich pies był lepiej wykształcony od nich. Więc tak pan sobie tłumaczy przyczyny swojej bezdomności? Myślę, że jestem za stary. Gdy ludzie widzą samotnego psa w tym wieku, myślą: musi być jakiś powód, że go nikt nie chciał. Może nie jest pan słodki? Może nie jestem. Tak sobie to wszystko notuję i wychodzi mi, proszę mnie sprostować jeśli się mylę, obraz osoby, która nie ma wiele powodów do dumy. Może nie mam. Jakie relacje łączyły pana z Nataszą Nikołajewną Znaczenko? Pierwszy raz słyszę to imię, imię odojcowskie oraz nazwisko. Czyli twierdzi pan, że jej nie zabił? Nie zabiłem jej. A kogoś innego pan zabił? Czyli na przykład kogo? No kogokolwiek. Też nie. He he. Tak tylko z panem sobie tutaj żartujemy. Oczywiście, że jeśli pan zabił, to pan nie zabił. Przesłuchiwanie to nasza specjalność. Wiemy takie rzeczy. Nie będzie pan naciskał, żebym się przyznał? Panie Jarosławie, to nie jest moja branża. Powiem panu więcej. Ja się bardzo cieszę, że się pan nie przyznaje. Dzięki temu moi koledzy z Wydziałów Procesowania, Skazywania i Egzekwowania mają pracę. Wie pan, jak to jest, że psy zawsze szczekają co jakiś czas, nawet jak nie ma żadnego złodzieja? Chcą być na coś przydatne. Przeraża ich myśl, że mogłyby być niepotrzebne. Każdy z nas ma to w genach, choć jesteśmy różni. Pies chce mieć co żreć, ale czułby się fatalnie zagrożony, gdyby rzucano mu jedzenie za darmo. Więc codziennie musi odeprzeć jakiś atak. Na szczęście traf chce, że my akurat zawsze mamy kogoś do aresztowania, mamy kogoś do procesowania i do skazywania. A z pana jaki jest pożytek, panie Jarosławie? Ja? Ja… nie wiem… Niech pan się nie martwi. Dzisiaj robi pan dla kraju najlepsze, co można. Dzisiaj tworzy pan nam miejsca pracy. Dzięki takim jak pan, ten kraj jeszcze istnieje.

Czy znał pan Isabelle H., znaną aktorkę? Ma pan na myśli Isabelle Huppert? Czyli pan ją znał? Oczywiście, to znana aktorka. Kiedy pan poznał poległą? Słowo „poległa” jest chyba nie na miejscu, to był przecież zwykły wypadek. Widzę, że pan jest ekspertem, ale może zostawmy to specjalistom z Wydziału Dochodzenia. Oni też potrzebują pracy? Jak każdy. Pierwszy raz spotkałem ją podczas marszu powodzi 15 stycznia. Podeszła do mnie odziana w błękitną foliową pelerynę. A to co, mówię. Duch Powodzi. Kiedy dostarczysz mi teksty, spytała. Nie mam warunków do pracy, odpowiedziałem. Nie przeżyłem powodzi na własnej skórze. Nie broniłem miasta, zdezerterowałem, zostałem uchodźcą. I, tak naprawdę, nigdy już tam nie wróciłem. Bo opuściłem miasto suche, a wróciłem do ludzi mokrych. Isabelle zalewała mnie całą noc. Wtedy zrozumiałem, jak to jest, gdy autobus nie spóźnia się tylko 15 minut, Dutkiewicz ty gnoju, gdy autobus nie przyjeżdża w ogóle, bo ulica jest rzeką. Od tego czasu sypialiśmy ze sobą zawsze, gdy tylko była we Wrocławiu. Ile dokładnie razy to było? Ani razu. Nikt nie przyjeżdża z Francji do Wrocławia. Kiedy ostatni raz widział pan poległą? To było 10 grudnia, podczas Europejskich Nagród Filmowych. Isabelle głośno jadła quesadillę podczas „Toniego Erdmanna”. Powiedziałem: eskuzemła, przestań proszę wydawać te odgłosy, femme fatale, ja tu przyszedłem na film a nie do kina. Ale te quesadille z bufetu są tak smaczne, odparła. Cały czas mówiłem francuskie słowa, których znam wiele. Ale patrząc panu w oczy, nie dam ich rady powtórzyć, bo w tym języku wszystko jest tak erotyczne. Nie mogę zaś nie patrzeć panu w oczy. Przepraszam za to, panie Jarosławie. Musieliśmy panu przywiązać głowę do słupa i zakleić powieki, aby zmaksymalizować interpersonalny kontakt. Mówiąc w skrócie: jestem pani wielkim fanem, powiedziałem jej. Zostałem zaproszony na drugie piętro kina, gdzie można było pobierać darmowe drinki. Potem udaliśmy się na nocny spacer po Wenecji północy. Czym? Na Wrocław się tak mówi w Europie. Aha. Proszę dalej. Podczas którego pokazałem jej Synagogę, Podwale, a także opowiedziałem, jak cesarz oglądał niegdyś ze swojego balkonu parady na Placu Zwycięstwa. Czy ludzie wtedy na paradach też przebierali się za powódź, spytała. Nie, to były inne czasy. Było już za późno, by jechać jeszcze do Zoo. Odstaliśmy swoje w kolejce po pączki, po czym udaliśmy się do jej hotelu, by zmienić się w zwierzęta. Fale miłości nawiedziły to miasto ponownie. Nigdy więcej jej nie widziałem. Czy sypiał pan z nią tylko dlatego, że nie miał pan gdzie spać? Ależ nie. Przede wszystkim chodziło mi o to, że jest znaną aktorką. Z kimś aż tak znanym nie spał nawet Staszek. Myślałem, że uwodząc Isabelle Huppert, zasłużę na jego przyjaźń. Czy Staszek lubi, jak pan na niego mówi Staszek? Przyznam, że nie bardzo. Tak mówią do niego tylko przyjaciele. Czy Staszek został pana przyjacielem po tych wydarzeniach? Niestety nie. Czy uważa pan za prawdopodobne, że Staszek zabił Isabelle H. powodowany zazdrością o pobicie jego rekordu? Miły panie, czy nie powinniśmy tego zostawić specjalistom z Wydziału Podejrzewania? Panie Jarosławie, proszę nie wypominać dawnych czasów, znamy się już cztery dni, a pan nawet przez ten czas nie spożył łyka wody. Proszę powiedzieć, jak pan to widzi. Ja to widzę tak, że owszem, Staszek by mógł to zrobić. Czy teraz go aresztują? Nie mi to wiedzieć. To już kwestia dla Wydziału Aresztowania. Codziennie kogoś aresztują. Dziś akurat pana.

Poczuł się przytulnie. Poczuł się gotów opowiedzieć miłemu panu z Wydziału Prześłuchiwania o tym, jak zabił Nataszę Nikołajewną Smołow. Naciągnął ten jej ogromny kapelusz na jej głowę i trzymał, aż ją udusił. Zadarł jej długą, obcisłą sukienkę i powiesił ją na niej. Wziął w ręce jej kota i, manipulując pupilem niczym kukłą, wydrapał jej twarz jego słodkimi łapkami. Niedługo po śmierci kot, jakby nigdy nic, zaczął ją spożywać, jak to koty mają w zwyczaju wobec swoich właścicieli. Kot bowiem taki już jest. Ma wyjebane. Zawsze bardziej identyfikowałem się z psami, pomyślał. Byłem ci wierny przez wiele miesięcy. Byłem gotów być z tobą całe życie. Gdy ty już dawno będziesz to miała z głowy, ja będę codziennie czekał, aż wrócisz, na tym samym skrzyżowaniu w Tokio. Ale panie Jarosławie, psy też zjadają, jak zostanie trup w domu. No tak, ale mówię o ogólnym stereotypie. Rozumiem. Miły pan musiał zrozumieć, że ona jemu zrobiła rzeczy jeszcze gorsze. Laserem starła mu tęczówki, by miał niebieskie oczy. Wybiła mu zęby, by zrobić miejsce na zdrowy, piękny uśmiech. Wygładziła jego cerę szlifierką. Były jeszcze inne szczegóły, które wstyd wymieniać. Co mam przez to wszystko na myśli, miły panie, to że generalnie Natasza nie była za dobrą kobietą. Wie pan, że nie od tego jest Wydział Przesłuchiwania, by oceniać, kto był za dobry. Oczywiście. Tak tylko mówię. Jakaś sprawiedliwość musi być. Jeśli przez sprawiedliwość rozumie pan, by każdy został wysłuchany, to, muszę z dumą zakomunikować, jesteśmy w Wydziale Przesłuchiwania bardzo sprawiedliwi. Tak, to chyba największa sprawiedliwość możliwa na tym świecie. Jak pan zniósł te wszystkie rany i okaleczenia, jakich pan doznał z rąk poległej? Wie pan co, w ogóle nie najlepiej. Nie poradziłem sobie ani trochę. Umarłem. Nadal jestem zdziwiony, że rozmawiamy. No wie pan, panie Jarosławie. Jesteśmy naprawdę dobrzy w przesłuchiwaniu.

Jaki wyrok wydajecie, kolego z Wydziału Procesowania? Dziękuję za przekazanie głosu, kolego. Cieszę się, że z naszego grona kolegów każdy jest na coś przydatny w tym świecie. Miły pan skinął głową, że wita. Tamci mu odskinęli. Niestety, muszę zakomunikować sali, że zostaliśmy skazani na tego człowieka. Będzie nam psuł radość życia, gdziekolwiek nie pójdziemy. Ten wypierdek będzie nas irytował już zawsze, niczym rozłączające się Wi-Fi. Ta świńska polucja będzie nam obrzydzać każdy obiad swym gderliwym rozmyślaniem. Chore idee rzucone na świat przez tego dupersznycla nie pozwolą nam już nigdy tańczyć i śpiewać. Jakichkolwiek smaków nie dozna nasz język, jakich dotyków nie otrzymają nasze członki i jakiego spokoju nie zazna nasza jaźń, perfekcję tych doznań zawsze zaburzy nam świadomość, że gdzieś tam istnieje ta sraczka ludzka, i psuje nastrój. Albowiem Jarosław to nie człowiek. Jarosław to nie miejsce. Jarosław to wyrok.

Paweł Mizgalewicz