ulica

podszedłem do okna
księżyc dawał czadu kominem
po drugiej stronie ulicy

mówiłaś że to już koniec
dalej nie da się żyć z rybikami w szafie i
winem jak ocet ze spożywczaka na dole

po drugiej stronie kobieta
machała do postaci ze swojego snu
znowu jej balkon i pies z chorym uchem
i ja nagi w odbiciu szyby
spoconej naszymi ciałami
nie pokiwałem jej

ciągle zmartwychwstawała ulica
o piątej rano anioły ciągnęły resztki absolutu
z butelek rozbijanych z hałasem na gołym bruku
kilkanaście metrów nad hydrantami
kilka kilometrów od ciebie za moimi plecami
na tapczanie szukałaś zapałek a może zapalniczki
– to nic nie da, i tak będzie ciemno
tylko syczenie ognia i trzask kółka
hałas jakby ktoś zwłoki taszczył po schodach

 

 

 

pies

wyszliśmy z hotelu
pies chciał się bawić z kimkolwiek
przynieść patyk albo ugryźć tak na rozkaz

co to za pies? może wściekły?
pytałaś gdy latały kamyki na plaży
między fokami w pasiatych kostiumach
skomlał z radości
nareszcie dwójka przyjaciół

razem damy radę zrobić
wielką dziurę w ziemi
i fosę dla królowej mórz

idź już powiedziałaś
do mnie, do psa
wziął to poważnie i poszedł
w jego ślepiach ciągle byliśmy my
i fruwające kamyki
i ty która nie lubisz psów
aleja między wydmami
sztywna królowa mórz
z patykiem zamiast kręgosłupa
nad dziurą w piasku

 
telewizor

gdy leżeliśmy tak
obejmowani podmuchami wiatru
który wpadał z podwórka.
sycząc między nieszczelnymi oknami
telewizor od lat pokazywał
tę samą zieloną pustynię
?chodźmy tam? – powiedziałaś
?zrobimy jakiś skecz za pieniądze?
i robiliśmy
nie szło dobrze
kłóciliśmy się kto ma być tym głupszym
kto ma grać główna rolę
a kto będzie na ostatnim miejscu
w dwulinijkowej liście płac na końcu
dramat się nie kleił
ciągle brakło dekoracji
inscenizacja wciąż nie wychodziła
spadała biała pościel na podłogę
nie podobał ci się zielony kolor monitora
przybliżałaś i oddalałaś głowę
narzekając na charakteryzatora
spaprał całą robotę
?jak można być tak zielonym??
dotykałaś zimnego ekranu
?tak nieżywym??
?przecież my żyjemy prawda??
upewniałaś się i znowu
z palcami między moimi
włosami krzyczałaś
że mieliśmy grać główne role
i odgrywaliśmy kilka aktów
w dwulinijkowym dramacie
na zimnym tle

 

 

 

Wiersz o niczym

wiersz o niczym musi mieć coś w sobie
wywinięty na drugą stronę powinien
wywalić jęzor i zagrać na nosie
dać pstryka w ucho i posłać do diabła
nastraszyć jak jasna cholera swoim potencjałem
bycia kompletną pustką
która nie wiedzieć czemu ma
tyle energii
niech się
rymuje miksuje popłakuje
albo
ściera z jakimś obłąkanym duchem innych wierszy
które chcą być lepsze
nie! On jest lepszy
nic w nim przecież nie ma
nie zawraca głowy swoją
mizerią memu powtarzanego
w kółko bez niczyjej woli
echolaliami czkawki i
pijakiem który nie pamięta co wykrzykiwał
przez cały wieczór
włócząc się z butelką wina po mieście
ani polem pełnym kwiatów i motyli
motyl jest głupi
ma tylko kilka zwojów nerwowych
nie będzie go w wierszu o niczym

 

 

Rafał Hille