http://youcouldalreadybeawinner.tumblr.com/

Tak naprawdę to ona miałaby w nosie tę farbę na szlafroku, ale jej chłopak mówi, że to nieestetyczne. W podstawówce zawsze miała buzię umazaną czekoladą i ?nieład na stanowisku pracy?, jak napisała na świadectwie wychowawczyni. A ona chciałaby być estetyczna. Mieć ład na stanowisku pracy, albo chociaż stanowisko pracy. Nie obgryzać paznokci, zawsze znajdować telefon w torbie, rano wstawać z gładką nogą. No i nigdy nie brudzić szlafroka.

Do perfekcji za to opanowaną miała sztukę znieruchomienia. Oko jej nawet nie drgnęło, kiedy na pytanie „co tam?” zapewniała, że dobrze. Zastygała na dźwięk dzwonka do drzwi, udając, że nikogo nie ma. Nauczyła się, nie wstając z łóżka, przysuwać sobie stopą kubek z zimną herbatą. Zakupy też robiła na leżąco, poruszając jedynie kursorem po stronie sklepu.

Więc leżała, niestrudzenie nieruchoma. Tak pięknie, że mogliby jej za to płacić, pomyślała.

I za parę dni, zdjąwszy przepoconą piżamę, leżała już nie w łóżku, a w szkole rysunku.

– Poprzednia modelka zepsuła farelkę ? powitał ją asystent profesora, wręczając zmęczone urządzenie. ? Nie działa drugi bieg.
Musiała wybierać pomiędzy biegiem pierwszym: dmuchawą zimną, ale ciągłą, a trzecim: ciepłą, ale z przerwami. Ustawiła jedynkę. Trójkę dyskwalifikowała cisza, która zapadała, kiedy urządzenie studziło swój silnik. Chłód miała oswojony.

Studenci codziennie bawili się jej ciałem. Ołówkami koślawili nogi, wydłużali szyję. Ten ujął masy biodrom, tamten dodał ramionom. Jeszcze inny przeprowadził zabieg depilacji.

– Ej, a czemu ja tu nie mam włosów na cipce? ? udała zaniepokojenie, wskazując na jedną ze sztalug. Za parę minut kończyła przerwę, teraz jednak spacerowała po pracowni, wstydliwie przesłonięta szlafrokiem. Jeszcze nie wiedziała, że chwilę wcześniej przycupnęła na palecie wilgotnej od farb olejnych. Uświadomi ją dopiero jej chłopak-esteta.
– A chcesz mieć? ? zadziwił się młody autor, jakby upominała się co najmniej o brakujący szósty palec u stopy.
– No, nie miałabym, gdybym nie chciała, nie? ? odpowiedziała, albo tylko pomyślała, kiwając pokornie głową. Głową, którą inna bezlitosna artystka odrąbała jej na papierze obok.

Każdego dnia czekała na koniec zajęć – wcale nie po to, by w końcu rozruszać zdrętwiałe ciało. W czasie, gdy studenci pośpiesznie pakowali piórniki, upychali węgiel rysunkowy w pudełka, w biegu przebierali przybrudzone koszule i wypadali z pracowni, ona zastygała za parawanem i nasłuchiwała. Zwlekała z ubraniem skarpet. Przewracała je z prawej strony na lewą, z lewej znów na prawą i od nowa, parę razy. Ostatni student, zawsze ten sam, krzątał się jeszcze po sali. ?To cześć, na razie, do jutra?, żegnał parawan, za którym ona powoli podciągała majtki. ?Cześć?, odpowiadała z wnętrza wkładanej przez głowę bluzki. Gdyby nosiła stanik, pewnie wciąż by go jeszcze zapinała. Jednak czerwone pręgi, odciśnięte przez ramiączka, nie komponowały się z żółcieniem jej cery. Tak zawyrokował profesor. Uświadomił jej także, że dla artysty nie istnieje kolor żółty, a właśnie różne odcienie żółcieni.

Kiedy ostatni raz trzasnęły drzwi, gasiła światło.

W półmroku, bezszelestnie, snuła się pomiędzy rysunkami. Jak w gabinecie krzywych zwierciadeł wpatrywała się w karłowate stópki, posępną minę, groteskowo wydłużone przedramiona. Czasem wyciągała dłoń, trochę speszona gładziła brzuch postaci z rysunku, a węgiel zostawiał na palcach ciemny ślad. I kiedy tak stała, otoczona wizerunkami, w których zupełnie nie potrafiła rozpoznać siebie samej, to było dokładnie tak, jakby patrzyła w lustro. Stała jeszcze chwilę, obserwowała nieruchome kobiety ? a może to one obserwowały ją ? i zamykała je na noc. Klucz oddawała portierowi.

Ktoś w internecie zapytał, czym zmyć farbę olejną z ubrania. Ktoś inny odpowiedział, że benzyną ratyfikowaną. Na to jeszcze inny ktoś, że ratyfikowana to może być umowa międzynarodowa, a rektyfikowany co najwyżej spirytus, a tak w ogóle to farbę olejną się zmywa benzyną ekstrakcyjną. Bardzo ją to rozbawiło. Benzynę kupiła następnego dnia przed pracą, w sklepie dla plastyków. W ciemnej i pustej pracowni wylała parę kropel na brudny szlafrok. Potem skropiła parapet, kapryśną farelkę i przesunęła się ku sztalugom. Oblała zastygłe twarze, nieoddychające piersi, naprężone w bezruchu uda. Stanęła w progu. Płomienie miały kolor żółcieni.

Zuzanna Buchowska