Prawie 20 lat temu Andrzej Sosnowski debiutował książką „Życie na Korei”. Pojawił się ze swoją poezją jako zjawisko i nadal w polskiej literaturze funkcjonuje jako osobliwość. Czasy się jednak zmieniły. Dla mnie literatura lat 90 -tych, w której z racji wieku uczestniczyć nie mogłem, zaczyna być czymś, co nazwałbym już historią. Czas więc na podsumowania.

Grzegorz Jankowicz opracował niedawno wydany przez Biuro Literackie zbiór chronologicznie ułożonych rozmów z warszawskim poetą  „Trop w trop”. Rzecz zupełnie arcyciekawa, a to głównie dlatego, że z pewnej bocznej perspektywy, z pozycji jednostkowego i osobnego poetyckiego głosu, który przecierał się i oswajał przez długie lata, opowiadana jest historia najnowszej literatury, dość bezlitosna dla poezji widzianej przez ówczesną krytykę jako poezję głównego nurtu.

Brak litości dla bardziej tradycyjnego poezjowania przejawiałby się jako przepowiednia niemożliwości sensownej kontynuacji  poezji tradycyjnej.

Zapanowało podenerwowanie w szeregach.

I zaciekawia ten objaw nerwowości krytyki lat 90-tych na kolejne poczynania Sosnowskiego, który wpada na literackie lodowisko jakimś przedziwnym, jak się wtedy wydawało, piruetem. Wydaje się również, że sędziowie nie wiedzieli, co począć z takim tancerzem, czy dać 10 ptk., dopatrywać się spektakularnego oszustwa i błyskawicznie zdyskwalifikować, sprowadzić do parteru, ignorować, czy może najzwyklej w świecie podciąć?

Ostatecznie zaczęto się przyglądać i pytać, ale szybko okazało się, że szafarz do tej pory znakomitych pytań i odpowiedzi, którymi dało się załatwić niemalże każdą poetycką kwestię, a przynajmniej swobodnie podejmować ją, wydawałoby się wystarczających do wspaniałych rozmów o literaturze, nagle okazał się trafiać kulą w płot. Co gorsza zdawano sobie coraz bardziej sprawę z kłopotu braku kuli i płotu. Rozmywało im się. Poetyckie języki, które do tej pory udawało się przecież jakoś scalać, utwardzać, porządkować, układać, nagle się poślizgnęły na lodowisku dekonstrukcji; bezradnie patrzono na przedziwne kroki tancerza, który nie chciał się w żaden sposób okiełznać, bo właśnie tańczył i widać było, że mu wychodzi, w dodatku wyglądało na to, że dobrze wie co robi, i że to nie wygłupy.  Zaczęto więc badać te kroki, przyglądać się im i odnajdywać podobne manewry w archiwach kroków. Zaczęto się interesować, węszyć i podejrzewać, a podejrzenie narastało wraz z coraz dogłębniejszą analizą. Aparat rozpracowywał detal i  szeroki  horyzont, szukał sposobu rozwiązania zagadki, który zdemistyfikowałby i zatrzymał ten intrygujący taniec. A tancerz zapraszał do gry, i na lodowisku pojawiło się wkrótce jeszcze więcej tancerzy.

Tak pokrótce można by  streścić tamten okres, który zawarty jest w rozmowach w książce „Trop w trop”,  by wyjść z tej upraszczającej metafory.

Sytuacja została względnie opanowana, nadrobiliśmy straty i opóźnienia, a tańczy się dziś o wiele swobodniej, nie tylko ze względu na wieloletnią obecność owego piruetu, ale również na rozszerzone pole archiwum sędziów. Myślę, że dyscyplina po dwudziestu latach zmieniła się nie tyle nie do poznania, ile po prostu zmieniła się, co widać chociażby po różnorodności poetyckich piruetów w antologii „Poeci na nowy wiek”, z która stanowi podsumowanie najważniejszych debiutów po 2000 roku. Z pierwszych obserwacji nieuchronnie widać, że czołowi krytycy długo będą się spierać i grabić w swoje strony, zanim wypracuje się jakiś bardziej zwarty obraz tej różnorodności.

Dostrzegam też inną tendencję, a chodzi mi o skrócenie dystansu między zarysowanym podziałem w tej metaforze. Pewne odległe terminowanie (świat – język), które miało miejsce w latach 90-tych wydaje się zbliżać ku sobie. Zaczyna się wymieniać i mieszać, powstaje jakiś nowy poziom dla mimesis, nowe lodowisko języka dla kontaktów ze światem, spowodowane wzajemnym oswojeniem. To lodowisko było od zawsze, zmiana jest jedynie w terminowaniu, a więc w mentalności.  Dziś Sosnowski wydaje się zmieniać kąt wypowiedzi wobec relacji języka i świata, zaczyna się przyznawać do świata, ale tym samym radykalizuje formę poetycką, momentami nawet do struktur dadaistycznych. Wyobraźmy sobie, debiut tego autora w 92 roku  np. poematem „Gdzie koniec tęczy nie dotyka ziemi.” lub „Zabawami wiosennymi”. Najprawdopodobniej byłyby to teksty nie do przyjęcia. Dziś dość swobodnie tu i ówdzie opowiada się o nich z pełnym rozmachem i swobodą. Tajemnica została rozwiązana? Nie było żadnej tajemnicy, nie było żadnego projektu, nie było żadnego całościowego planu.

Niewątpliwie jest talent, poparty pracą przy archiwum, poparty wysublimowaniem estetycznym, talent, który skłania się ku nowatorskim rozwiązaniom i zabawom z językiem, korzystający z dobroci muzyki, tańca, choreografii, literatury, w ogóle sztuki i przerzucający różnorakie ciekawostki na lodowisko języka. Sosnowski był jednym z tych autorów – dżdżownic, rozpulchniających glebę. Dziś wyrasta na niej obok siebie nowa poezja, różnorodna, wielogłosowa, na papierze i w internecie, jest to żywioł, nad którym, na szczęście, coraz trudniej zapanować. Rozproszyło się, pouciekało.

Czy jednak do końca? Nie do końca.

Nerwowość, która pojawiła się w latach 90-tych, wynikająca z niewystarczającego szafarzu  terminów krytycznych, wymagająca wieloletniego oswajania się  z inną filozofią, literaturą, mniej znaną z wiadomych względów,  przeniosła się na nerwowe próby reprodukcji tego języka i najczęściej po omacku, czyli bez podbudowy archiwum, dość bezwiednie, bezmyślnie, na czuja. Pewnych rzeczy nie da się powtórzyć, ani nawet do nich  zbliżyć bez odpowiedniej mentalności. Poezja jest niepodrabialna i warto w tym miejscu przywołać celną metaforę twardej waluty i kantora, która przynajmniej dwukrotnie pojawia się w „Trop w trop”.

Oswojenie nie przełożyło się jeszcze na odpowiedzialne samotne podróże poetyckie wypuszczające się w nigdy nie do końca zbadane okolice „teraz” i „nic”. „Teraz” i „nic” będą indywidualnym zadaniem dla poetów kolejnego dziesięciolecia, które może pozwolić na ograniczenie uległości poetów wobec czyjegoś, wobec sprawdzonego.

Kto raz pojedzie na własnym rowerze „bez trzymanki”, zapamięta tą zdolność już na zawsze. Kwestia przełamania, kwestia podjęcia decyzji i pojechania tam, gdzie porwie nas rower, bez asekuracji kierownicy, bez tratwy na morzu, przed siebie i po swojemu.

Tak sobie wyobrażam nadchodzące „teraz” i „nic”. Pojawią się tancerze bez kompleksu, co do których nie będzie wątpliwości, oby było ich jak najwięcej z pożytkiem dla jakichś przyszłych, drobnych przyjemności z przeżycia językowego widowiska.

Sosnowski, jak sądzę nie zmieni kursu, pójdzie w stronę snu i w stronę śmierci, bo jak sam przyznaje tam go zawsze samowolnie ciągnął język. Tęcza, Po tęczy, dr Caligari itd.

Archiwum jest niewyczerpywalne w tym względzie więc na pewno coś dla siebie jeszcze znajdzie, aby językiem teatralizować „ja” i aby ten język jeszcze trochę rozpuścić w różnych żywiołach, wpuszczając żywioł między żywioły, zamawiając przy barze ogień, wodę, powietrze. Wydaje się również, że ma swoje sprawdzone metody na rutynę.

Tymczasem z legendarnej hermetyczności akcent przesunął się  w kierunku lepiej pojmowanej ironii języka, zmienił się kąt nachylenia wiersza do języka, języka do wiersza.

Grzegorz Jankowicz ustawia być może widełki tych kątów między dwiema ważnymi metaforami.

Zupełnie poważnie zachęcam do lektury „Trop w trop”.

Karol Pęcherz

Trop w trop

Trop w trop

„Trop w trop”, po redakcją Grzegorza Jankowicza, Biuro Literackie, Wrocław 2010.

Karol Pęcherz -  mgr filozofii, socjologii – specjalność komunikacja społeczna na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent filologii polskiej na Kolegium Karkonoskim,
- Wiceprezes Stowarzyszenia Na Rzecz Wspierania Młodych Artystów Grawiton,
- Uczestnik projektu Cyber Ręka – Lidera – wspieranie liderów przemian społecznych w Polsce,
- Zrealizował szereg projektów o charakterze edukacyjno–artystycznym na terenie Dolnego Śląska,
- Redaktor Naczelny Magazynu Materiałów Literackich Cegła
- Współorganizator wielu wrocławskich festiwali kulturalnych (Port Wrocław, Międzynarodowy Festiwal Opowiadania, Podwodny Wrocław, Festiwal Ciała, Festiwal Wysokich Temperatur),
- Autor aranżacji audiowizualnych utworów poetyckich Andrzeja Sosnowskiego, Eugeniusza Tkaczyszyna – Dyckiego.