Piękno istnieje

Julia Fiedorczuk niezwykle ułatwiła pracę wszystkim, którzy zdecydowali się na zrecenzowanie jej najnowszego tomiku wyróżnionego Nagrodą im. Wisławy Szymborskiej – mottem „Psalmów”, najczęściej powracającym wnioskiem, uczyniła słowa, których nie sposób nie powtarzać z zachwytem i nadzieją, a następnie nie wykorzystać zarówno jako lakonicznego wprowadzenia, jak i prostego podsumowania całego zbioru – piękno istnieje.

„Psalmy” Julii Fiedorczuk to pierwsze dzieło tej autorki, z którym miałam do czynienia w pełni. Moje dotychczasowe doświadczenia z poetką ograniczały się do wybiórczej znajomości kilku wierszy omawianych w ramach zajęć literatury współczesnej. Myślę, że odpowiedni ton tej recenzji nada fakt, że krótko po skończeniu tomiku sięgnęłam po wcześniejszą twórczość Fiedorczuk – zarówno poetycką, jak i prozatorską. Utwory te, choć imponujące i stanowiące niekiedy znakomite uzupełnienie „Psalmów”, nie wywołały we mnie jednak nawet porównywalnego zachwytu.

Najlepiej zacząć od początku – wyjątkowo dobranego tytułu, objaśniającego refleksyjny, ale nie patetyczny charakter wierszy Fiedorczuk.  „Psalmy” są uzewnętrznionymi i ulirycznionymi przemyśleniami, w których konstrukcji nie ma ani nic niedopracowanego, ani sztucznego. Poetka uczyniła je „płynnymi” dzięki wybiórczemu stosowaniu się do zasad interpunkcji. Semantyczne przejścia mają miejsce nie tylko między samymi wersami, ale  i całymi wierszami; podmiotka jednocześnie mówi i zastanawia się, nie błądząc w refleksjach, ale w logiczny sposób lawirując pomiędzy interesującymi ją kwestiami – naturą, macierzyństwem, pięknem i sensem życia, jego cyklicznością. Konkretne, prywatne odniesienia, które stosuje autorka nie zaburzają ogólnego odbioru utworów, nie przytłaczają ich wydźwięku. Są eleganckie, a poezję Fiedorczuk można określić jako zaangażowaną, ale nie nachalną; interesuje się Ziemią, planetą, jej zanieczyszczeniem, ale to zmartwienie delikatnie równoważy nostalgiczny zachwyt światem, marzenie o tym, jak mógłby wyglądać. W zbiorze nie brak momentów pełnych rozpaczy, błagalnych, niekiedy cynicznych
(„w miastach jarmużu miastach bez glutenu”). Psalmy „III” i „IV” ukazują te emocje nie tylko dzięki swojej zawartości, ale i konstrukcji, wtrąceniom w nawiasach, segmentacji. Fiedorczuk stawia diagnozy, ale nie daje rozwiązań, wiecznie rozważa („moja nie-moja”), gubi się i znajduje słowotwórczo (jak w „Psalmie XXII”, gdzie podmiotka zastanawia się nad stosunkiem, jaki istnieje pomiędzy człowiekiem a naturą, ich równoważnością), buduje zdania, by zaraz stworzyć ich zaprzeczenia („szukam i znajduję, szukam / i nie znajduję”). Nie jest to peiperowskie dziwienie się słowom ani zwięzłe układanki Miłobędzkiej, ale rozkładanie i tworzenie znaczeń na podobnych zasadach; poetka zestawia ze sobą wyrazy  w przekonujące, zgrabne metafory („mapy żyznych rzek na skroniach”, „z kompostu obręcze historii”), rozważa podręcznikowe, biologiczne definicje („zawieszone w atmosferze / widzialne skupienie / drobniutkich kropelek wody”). Pomimo konstrukcyjnego rozgadania,  a nawet szczebiotliwości (segmentacja, brak interpunkcji, przewaga małych liter), utwory są uporządkowane i rytmiczne, wręcz śpiewne, nie przeszkadza w tym nawet nieobecność rymów – w tej funkcji zastępują je anafory, stroficzność, onomatopeje, wspomniane już wtrącenia.

Julię Fiedorczuk interesuje macierzyństwo, relacja pomiędzy matką a niewinnym dzieckiem. Matka to figura odpowiedzialna, która buduje dom, tworzy go, przekazuje wiedzę, jest mądra i zapobiegawcza. Poetka zasygnalizowała to wszystko już w rozpoczynającym tomik utworze „Krajobraz z dziewczynką” (gdzie po pełnym zachwytu i spokoju, sielskim otwarciu następuje smutna i prawdziwa puenta, gorzka konkluzja) i kontynuowała na przestrzeni całego zbioru, obudowując postać rodzicielki kontekstem biblijnym, odwracając rolę Marii, czyniąc ją tą, która zwiastuje. Sama kobiecość tomu rzuca się w oczy, jego feministyczny charakter z kolei jawi się jako mniej lub bardziej oczywisty; z jednej strony „piękno istnieje i istnieje dom”, dom kobiecy, pełen czułości, empatii i zrozumienia, istniejący przede wszystkim w zgodzie z naturą („Psalm XI”) – z drugiej kobietę napełniono mrokiem, cieniem. Jest ona i pełna biblijnego poświęcenia, i tajemniczości. W pewnym sensie autorka sięga po podobne motywy co Justyna Bargielska, ale nie nadaje im tylu cech makabrycznych i groteskowych, kreuje prostsze macierzyństwo, oparte na „prawdziwych”, nietoksycznych uczuciach. Pewna i niezmienna jest wiara podmiotki (choć jej tożsamość bywa płynna, zarazem pojedyncza i mnoga) w nierozerwalność związków pomiędzy indywidualnymi czynami człowieka, a sensem ciągłości istnienia życia na Ziemi. W „Psalmie XXXI” adresatka utworu, sikorka, figuruje jako przedstawicielka pełni, Kosmosu, kręgu życia, podkreśla istnienie rozłamu pomiędzy kulturą a naturą. Historia krajów jest sztuczna dla podmiotki, pamięć i dziedzictwo przemijają, zmiany dzielą się na zdrowe, organiczne, i wyindukowane – „pierwsza książka / zaczynała się od słowa gniew”; to, co złe, wyszło od ludzi. Autorka bawi się Biblią w „Psalmach”, na bazie utartych znaczeń buduje nowe, przenicowuje je, w utworze Pogoda” przeplatając ze sobą mity o Arachne i Ariadnie celem ukazania fragmentaryczności pamięci, jej ułomności i zarazem ogromnej roli. W tym, co stare i sprawdzone, podmiotka widzi zarówno opokę, jak i zagrożenie, dlatego też walczy o indywidualny głos, choćby cichy i stłamszony. Kreuje obrazki, rodzajowe scenki („Psalm XVIII”), o parabolicznej wymowie, a przede wszystkim nie przestaje wierzyć w piękno
i harmonię.

Fiedorczuk i motywuje, i przestrzega, ale głównie zachwyca. Warsztatem, erudycją  i taktem – to te elementy tworzą wartość „Psalmów” jako zbioru. Wiersze są dobre, ciekawe i przemyślane, dokładnie tak, jak można tego oczekiwać po uznanej poetce; jest to rodzaj przewidywalności, na który pracować trzeba długo i ciężko, a następnie skrupulatnie go pielęgnować. A Julii Fiedorczuk wychodzi to wręcz śpiewająco.

 

Marianna Świerczyńska