„Dno cekina” można nabyć we wrocławskiej księgarni Tajne Komplety oraz wysyłkowo pod tym linkiem.

Wydane nakładem Fundacji im. Tymoteusza Karpowicza „Dno cekina” to druga książka poetycka Ewy Jarockiej, wrocławskiej poetki, uważanej za odkrycie poetyckie 2016 roku. Na książkę składa się czterdzieści dziewięć wierszy, w nowej u autorki poetyce, bliższej klasycznemu zapisowi. Znacznie bardziej aktywna jest też w niej rola czytelnika, stawianego w różnych sytuacjach i nakłanianego do reakcji, przede wszystkim etycznych. Wiersze w większości bazują na trudnościach i dylematach, z jakimi styka się ich autorka, prowadzą jednak do próby obiektywnego opisania współczesności.

Osoba, a wręcz osoby mówiące w tych wierszach, pociągają nowym w polskiej poezji głosem, niepróbującym podrabiać nikogo z uznanych poetów, pełnym uroku, zaskakującym czytelnika czymś niebywale bezpośrednim. Zestaw emocji, serwowany tu czytelnikowi, jest bardzo szeroki, wręcz uderzający. Zestawianie osobistych problemów autorki z wielkimi problemami współczesnego świata w sposób tak bezpośredni i zaskakujący, powoduje u czytelnika wrażenie otwarcia okna w nieco już dusznym poetyckim światku. Pedofilia, bezdomność, konflikty zbrojne pojawiają się tu w nowych kontekstach. Czytelnik bywa tu czasami wręcz zmuszony do aktywnej próby dezintegracji własnego sposobu widzenia rzeczywistości. A wręcz musi jeszcze raz „przerobić” na własny użytek dylematy moralne i estetyczne, włącznie z kategoriami „dobra” i „zła”. „Dno cekina” to książka, w której jeszcze raz musimy się zmierzyć sami ze sobą. I to jest chyba jej największą wartością.

Ewa Jarocka – no to urodziła się. Mieszka, pracuje i pisze. Czasem rysuje. Także wiersze. Zazwyczaj o nieszczęściach. W tomie zatytułowanym „Dno cekina” zdarza się jej jednak być szczęśliwą. Być może tylko się zapomina. Od jej debiutu minął rok. Dlatego boi się, że urodzi się z tego coś złego. Wprawdzie w nowych wierszach nie rymuje i zdaniem jej pierwszych czytelników są one lepsze niż te z tomu o złych ludziach, wie, jak to już jest z tym nieszczęsnym człowiekiem. Nie ma dobrych ludzi. A szczególnie krytyków. Wszyscy są paskudni, gorsi niż śmierć. Niekoniecznie dlatego, że Ewa obawia się bliskości. Nie zawsze przecież wysyła sygnały: Nie zbliżać się. Gryzę. Gońcie się. Ewa bywa też miła. Szczególnie dla Wydawców. Jest wdzięczna, pozwala się głaskać, wyjawia Im swoje sekrety. Że „Dno cekina” to coś niemożliwego, chętnie zadedykowałaby temu swoje wiersze, ale to już było. Że „Dno cekina” to też próba zobaczenia głębi w tym, co płaskie, choć to akurat podsłuchała i powtarza. I choć jej Wydawcy to wiedzą, ale nie przyznają się do tego, bo są mili – że żadna poetka (a tym bardziej poeta) przed nią nie zdradziła w wierszach rozmiaru swojego stanika. Daleko jej jednak do 75Z! Ewa nie planuje o tym ostatnim rozmawiać z obcymi. Nawet z tymi, którzy nie powstrzymają się w przyszłości od złośliwych komentarzy. Zatem „Dno cekina” to jej powrót. To drugi tom, którym chciałaby wszystko, a przede wszystkim to, by uszanowano jej potrzebę pamięci. Także o tym, co małe i śmieszne, jak sen o zającu. Jak jej pasja patrzenia na siebie w lustrze i podejrzewania księży o najgorsze. Tak już ma, że czasem włącza jej się paranoiczne myślenie. Myśli teraz, że obcy wytkną jej, że swoją wolność oddała diabłu, a nie poezji.