Prezentacja finalistów tegorocznej strzelińskiej Granitowej Strzały

 

W dwa konie

Czytałem z krzaków chcąc zerwać wieko słońca
że śmierć wypuściła na pole dwa konie
i naraz nimi jedzie na szczęście w nie moje

Na winobraniu czasem można zerwać winę
po to jeżdżą w tamte strony dwa konie
a ta nad nimi nie zbierając tak się stroi

popatrz na ubrania to ty czy one w lusterko
zaglądają masz już dwa konie też jedziesz
przez pole czytać z kamieni czytać z butów.

Czytałem z piasków przy ulicach że różnie
się jeździ po świecie i pociągami lata
inaczej niż na dziurawych butach przy świeczce

przy licznych pukaniach za nocy i dnia
zbiera się winy swoje nożem się tnie
je się dobrze za to i wino pije aż do trzęsienia.

Czytałem się inaczej niż zwykle i z przebrania
pisałem małe głowy moich przodków butów
moich uszytych z nie wiadomo jakich imion.

Czytałem pisałem z moich którzy siedzą na
ławce i chodzą na spacery jesienią wrzucając
patyk do rzeczki i szybko biegną na drugą stronę
mostu zobaczyć jak płynie dalej.

Patyku narysuję tobą mikrofon na ziemi
i będę do niego mówił i śpiewał rozmawiał
ze wszystkimi co porośli i co jeszcze chodzą.

Mosteczku ciebie przemaluję w ławkę
i siądę na niej popatrzeć na mikrofon
który płynie powiedzieć że niektórzy
ludzie wystają z ziemi i zakładają
Moje słuchawki.



Ludzik

Chciałbym chodzić szybciej
ale nie mogę szybciej chodzić
bo dzień mnie łapie i się mną bawi
wygina mi ręce, sadza na parapetach
krzesłach, włącza mną komputer.

Zmusza mnie do mycia do
zakładania i zdejmowania butów
karmi mnie, gotuje mną,
sypie mną a to dopiero poniedziałek.

Może wtorek wymyśli jakąś inną grę,
pojedzie mną do centrum Paryża,
usiądzie mną na placu i otworzy dla mnie
Wino i nakarmi mnie.

Czasami kiedy dzień jest młody
śmieje się mną i rzuca mną
o drzwi domu, w którym koczuję.

Środa zwodzi mnie i uwodzi
swoimi jasnymi jesiennymi włosami
całuje mnie i czesze mnie. No i w sumie
mną czesze siebie.

Babka niedziela głaszcze
chowa w kieszeń i zanosi po różnych
innych ludzikach, którym tez podnosi ręce
i sadza przy stoliku.

Czasem, ale rzadko porusza moimi ustami i
tym ludzikom z naprzeciwka też.
Wstawia ich do kuchni robi nimi herbatę.
Pije nami ją jakiś czas.

Czasem wstaję sam, wieczorem
otwieram wtedy wielkie parterowe okna
i patrze kto przyszedł na cmentarz.
Może jakiś znajomy.



Krosno

Małą wojnę wywołać w Policznej na drodze
na inne rubieże i wchodzę pod małe drzewo
bo to prawdziwa moja noga. I zamków nie zakładam
drzwi otwieram, może prócz kilku kolorowych ścian
zabezpieczeń przed głodem cienia co czasem maszeruje
między dziwnymi godzinami. W poprzek popękanej ściany
co się rozchodzi w stare przeszłe kasty małej przybitej
do ściany miotły.

Coś się sili nad maleńką wodą coś nad nią cholera rośnie
po małych kopcach za płotami wzniesionych
wspomnień po wczorajszym krośnie które sam rozprułem
jednym okiem patrząc zepsułem krosno stare żeby
znowu tęsknić, bo dlaczego miałbym przestać?

Różne potęgi zmuszają ludzi by jechać do przodków
różne stany znajome i nieznajome mają nas w objęciach
I co noc się gęszczą co noc fruwają, ale tylko jak niewiele coś.

Wielkie są jasne aż się możesz pomylić, możesz łotra z nieba ściągnąć
przypadkiem. Poznać za dużo o sobie, o tym co nie potrafi
zasnąć na gałęzi czyli na ławce .
Nie potrafisz usłyszeć echa swojej głowy, a ono jest jedynym kompasem
jaki w tej krainie co jeszcze nie płonie i rządzi twoim głębokim lasem.

?Na skraju drogi w połowie czasu (mam nadzieję że nie)
w głębi ciemnego znalazłem się lasu?


Jeżeli istnieje

Jeżeli istnieje to cholerne ufo
o którym mówią psychiczni i dalajlama
to chciałbym pójść z nimi na wódkę
i pokazać jak zasypia drzewo

może nawet zagralibyśmy w nogę
w tenisa ale na pewno nie w karty
bo jeszcze w tych kartach by się pokazało
że oni to nie są żarty, lecz my też

nie żarty, budzimy się wstęga dnia
i piasek sobie co wieczór w ślepia sypiemy
a czasem zwijamy w siebie świat
który zdobyty i co ponad nami.



Samsarka

Naprawiam czasem stare piece przed zimą
czerpie radość z kurzu nigdy nie sprzątam
nowych systemów na komputer nie wgrywam
zmieniam często pościel jęczę czasem z zimna

przyklejam do ściany laką fotografie bez sensu
chodzić jest po ścianach we własnym pokoju
zawijać się w dywan schodami w głąb siebie
szukać zrozumienia nie trzaskając drzwiami

chodzić między piętrami liczyć sęki w dębach
to lubię, układać czas warstwami zanim do wieczora
wpadnie cały poranek, południe i dalej zagniatać
zacznę kolejną skórę na jutrzejszą studnię.

Pod sufitem zakładam różne kościoły za książkami
układam najcenniejsze książki nawet gram
w rejonach kartami, które nie wychodzą
jednak mi na dobre tylko na trudne rozumienia
jutra.

Dzisiaj ma się liczyć ze mną, teraz chce najwięcej
potem wszystko jedno co się stanie, wygra
co na tron wyniosę a co na sztalugi mam cichą
nadzieje że będą to zapałki.





Rafał Rutkowski ? poeta. Laureat projektu Połów 2014. Absolwent filologii polskiej i kulturoznawstwa na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Wiersze publikował w: ?Odrze?, ?Zeszytach Poetyckich?, ?Akcencie?, „Helikopterze”. Jeden ze zwycięzców konkursu „Autoportret Jesieni” w Krotoszynie. Uczestnik najważniejszych festiwali literackich w kraju. Prowadzi cykl spotkań poetyckich ?Przystanek poetów? w Centrum Kultury w Lublinie. Mieszka w lubelksiej Kamienicy Cudów.