johnnycupcakes.com
johnnycupcakes.com

Pod wieczór położyłem się spać. Za oknem było jasno. Czułem się zmęczony latem, tym upałem, potem i kurzem. Ludźmi jeżdżącymi tramwajami, którzy strasznie śmierdzą. Śmierdzą niezależnie od wieku.

Młode, nastoletnie dziewczyny, mimo uwodzicielskich uśmiechów (Ich krystalicznie białe zęby, proste, bez śladów osadu z papierosów czy kawy. Widać, że rodzice wydają grube pieniądze na ortodontę i dentystę. Szkliwo szkli się, świeci jakby było wypolerowaną kością słoniową.), śmierdzą także, choć najmniej. Z pobożnych lektur: „Dziewczyny”, „Wysokich Obcasów”, „Twojego Stylu”, „Cosmopolitan” nauczyły się oszukiwać i markować naturalne zapachy. Jednak najokrutniej cuchną starzy panowie. Staruszkowie, którzy oprócz woni przepoconego ciała, niemytego pewnie do kilku dni, oprócz brudnych ubrań (Wełniane marynarki ciągle w starczej modzie!), oprócz zapachu przetłuszczonych włosów, nie licząc smrodu wody po goleniu „Brutal”, wydzielają słodki fetor rozkładającego się ciała. Czuć od nich grobem, czającym się za każdym ostrym zakrętem, bądź mocniejszym szarpnięciem tramwaju. Ostre hamowanie, a w ich oczach widzę grozę, bo być może zerwała się trakcja elektryczna i trzeba będzie trzęsącymi się dłońmi dotknąć pantografu. Tak cuchnie strach. To nad nimi krążą grube muchy o zielonych odwłokach. Szuranie starczych nóg na tylnym pomoście przypomina poszum muszych skrzydeł.

Latem marzy mi się bezwonny człowiek, aseptyczny człowiek bez płci. Ja sam. Nie jestem kolekcjonerem zapachów. Nie chcę ich sublimować, przetwarzać w materię pierwszą. Latem się duszę, opada na mnie kurz, który lepi się do ubrania, do skóry, wdziera się pod paznokcie. Wdycham go i zaczynam kaszleć, choć piję codziennie wapno o smaku czarnej porzeczki, które jest obrzydliwe.

Leżę w łóżku, cały opatulony kocem, czuję się tak jak bym był uwięziony w kokonie. Jak bym się miał za chwilę wykluć, przepoczwarzyć w nowego człowieka, oczywiście lepszego, oczywiście doskonałego. Zanim odpadnę w sen, przychodzi taka chwila, w której uruchamiam film wspomnień. Przedstawiam sobie przed oczami, klatka po klatce, zamglone obrazy. Nazywam je „przedsnami”. Dawne i bieżące wydarzenia, spotkania, twarze, słowa, gesty, drzewa, budynki, pociągi, ciała, tramwaje mieszają się ze sobą, tworząc osobliwe „tu i teraz”, ale i „wczoraj i dziś”. Raz pomagają zasnąć, innym razem przeszkadzają. Pamięć zawodzi. Nie jest posłuszna. Nie jest jak pies. Nie merda ogonem. Nie jest na zawołanie. Jest jak „echo”, które na „zapytanie” odpowiada innym, fałszywym obrazem. Nagły zgrzyt, jeśli próbuję jej zadać „temat”, wtedy łapię pustkę.

Odbieram telefon, choć nie mam w ręku aparatu, a przy uchu mam kołdrę. Zwiniętą w rulon. Słyszę jak ktoś do mnie mówi, znam ten głos. Mówi do mnie: „Ciesz się i raduj, bo Pan nasz Jezus Chrystus zmartwychwstanie dnia trzeciego”. „Mamo, to ty?”, pytam. „Nie”, słyszę w odpowiedzi. Nie jestem pewien, czy rzeczywiście nie, jednak nie kwestionuję głośno tego „nie”, boję się przerwać połączenie. Głos zamiera mi w słuchawce-kołdrze, świszczy. Głośno oddycham. Wiem, że znam ten głos, jestem tego pewien, jednak nigdy nie słyszałem głosu matki w słuchawce-kołdrze, dlatego nie wiem, po czy mam ją rozpoznać i jak udowodnić, że to jednak ona. Niepewność mnie osłabia. Za chwilę zemdleję. Nalewam zimnej wody do szklanki i wylewam na pościel. Nadal nie wiem, czy to ona, czy nie. Dlatego pytam, raz jeszcze, czy to ona. „Mamo, proszę cię powiedz, czy to ty?”, mantruję: „Mamo boję się, mamo?”. Głos w słuchawce-kołdrze, coś mówi, nie wiem co, bo nie słyszę. Słowa są niewyraźne, przechodzą w szept. Wpadam w panikę, bo wiem, że są to ważne zdania. Histeryzuję, bo nie wiem, co się do mnie mówi, a jestem już pewien, że rozmawiam z mamą. Rozpoznałem ją po włosach, wychodzących z poszewki aparatu. Ona pewnie chce mi coś powiedzieć o swojej chorobie. O ostatniej wizycie u lekarza. O badaniach. Nadal nie rozumiem słów, ale jestem pewien, że podaje mi termin swojej operacji i prosi bym wtedy przyjechał do domu. Termin jest odległy, usłyszałem tylko rok.

Przecieram oczy, na stolę widzę kalendarz na 2009 rok. Kołdra jest podarta.

Nie wiem, kto mi ją zszyje.


Maciej Gierszewski – ur. 1975; wiersze i prozę publikował m.in. w: „Kresach”, „Studium”, „Kwartalniku Artystycznym”, „FA-arcie”, „Czasie Kultury”, „Twórczości”. Opublikował: „podrabiane przepaście” (Brzeg 2003), „Profile” (Olsztyn 2006). Zredagował (ze Szczepanem Kopytem) antologię poetycką „Słynni i świetni. Antologia poetów Wielkopolski debiutujących w latach 1989-2007” (Poznań 2008). Prowadzi bloga: http://hajfa.wordpress.com. Mieszka w Poznaniu.