M.-Melecki-fot.-W.-Kluszczyska-100x100

Maciej Melecki, fot. W. Kluszczyska

Większość tych lat była płaska. No tak,
Wstrzemięźliwość pamięci wykonała swą pracę bez zarzutu, zatarła
Miejsca, wydobyła scenki. Blokada serca w najmniej
Spodziewanym momencie i ufność, co do szybkiego zwrotu akcji,
Która parowała nad lusterkiem skośnego bicia, jakby wychodziła
Z bali, były refrenem każdego snucia opowieści o drobnicy
Zasad potrzebnych, jak się wtedy wydawało, do przeżycia
Końcówki nocy, tej jedynej, odbieralnej aury, jedynej powłoki
Dającej schronienie. Ludzi to brało. Ludziom było to pisane

Na wspak. Były to czasy nastające zawsze teraz. Zawsze znikąd.
Prowadzące obecnie donikąd. Ani jedna chmurka nie witała
Gościa, co przybywał z rejonów obrzezanych mrokiem,
I było, nie było, nikt go nie spotkał ? tyle zapamiętałem z
Ostatniej bajki dzieciństwa, kiedy zaczęliśmy metodycznie
Składać stragan jego widziadła i kopać dla tego totemu
Grób. Tak więc atonalna zamieć. Tak więc cisza po burzy.
Cykania i trele. Ciągła wizja kry. Kryły się tam jeszcze sanki,
Wciągane na górkę, by móc zjechać na nich aż do mostku.
Ale przedmioty uwalniały się szybko, życie traciło coraz bardziej
Przyczepność, i z każdej, nawet najmniej łopoczącej strony

Ktoś zawsze coś chciał od ciebie usłyszeć pewnego, konkretnego,
Wyraźnie określającego poziom przydatnej do przyszłego zawodu wiedzy,
I byłeś tam tylko na swojej krawędzi, w ulotności każdego
Dotyku, nigdy gdzie indziej, nigdy całym sobą w cieśninie danej
Uwagi czy zaczepnego pytania. Nie mieściło się to w czyichś
Oczach. Na twarzach gawiedzi był tylko złom. Tym przesileniom
Towarzyszyły rytualne obrzędy: chowanie pościeli, posiłki, powracanie
Z niczym. Pełnia doznań sączyła się z kursujących w oparach
Mgły pociągów, które były u wylotu każdego, kto oddalał się
Od siebie, w coraz bardziej niezauważalnym rozmijaniu z życiem,
Z jego pokancerowanymi fragmentami, kiedy brakowało drugiego,

Mogącego za niego rozgryźć ampułkę z fluidem wchłaniającym
Gehennę zgruchotanych dni, ich orszaków, maszkaronów, snów
O occie na gąbce, miału zamiast kruszywa. Większość chce być
Zrozumiana tylko w pojedynkę. I owszem, kadr za kadrem,
Pamiętam o tobie, o tym, jak siedzimy na widowni, której
Nie ma, bo ciasno zbiła się w tłum na płycie hali, a ja przez lornetkę
Wypatruję spocone twarze tych pod sceną. I co z tego, że było to
Jedną z wielu wyłamanych dysz tego podniebnego marszu w
Zaświaty, tutejszego piekłowstąpienia, skoro przesypało się przez zgrabiały
Cień palców, zanim miało okazać się niebyłym. A oto

Odkryty szczegół w kącie, odebrany jako powłóczysty znak, i
Zaraz zwrot, jakby ostatni raz raz jeszcze miał się ziścić z
Ponaddźwiękowym animuszem, by potem już tylko gasnący punkt
Na ciemnej planszy. Koniec gry? Ileż razy zaklinane przemiany
Były ratunkową solą w płytkich wodach snu, niepoliczalne,
Rozproszone, bez spadochronu, wirujące wieści, otwarte na oścież każdej
Łamigłówki, owe piołunowe wyciągi z najdalszych ścięgien gwiazd.
Co więc mogło łagodzić opresyjny gwar, skamieniały jak ucho o
Brzasku, gdzie czyhały tylko nęcące wnyki? I chaosmosy nie wchodziły
Już z niczym w kierat, szły, by nie wracać bez ciebie, w samym czyśćcu
Przeludnione, jak teraz, po omacku i pod nieobecność, w nawiedzaniu sprawne.

Maciej Melecki – ur. w 1969 r. Autor czterech arkuszy wierszy: Zachodzenie za siebie (1993), Dalsze zajścia (1998), Panoramix (2001), Opuszczone strony (2008) i tomów wierszy: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie (2005), Zawsze wszędzie indziej ? wybór wierszy 1995 ? 2005 (2008), Przester (2009). Mieszka w Mikołowie.