claudiacrobatia.com

claudiacrobatia.com

Sezon bez snu

Nad horyzontem zakwitają pęcherze ryb – dzikie
miejsca po jasności, krwawy lunapark, który
nad ranem przyniosłem ze wsi.

Na plaży półnagi mężczyzna wymachuje
kołem ratunkowym. Pies rozgania mewy. Ale obrazy
nie generują żadnego dźwięku. Tępy szum morza
pożera wszystko: podwodne miasto morszczynów
i chełbi, tajne lotniska pod polem namiotowym,
wieżę triangulacyjną po drugiej stronie lasu

(rozgrzany piasek to przemyślny grób,
w którym się ususzą meduza i żuk).

Jak się stąd ucieka? Przez białe wydmy? A może
po szczątkach bębnów i gitar, które wciąż dryfują
nad kosodrzewiną? Spójrz,

membrana napina się i ześlizguje pod próg,
gryf zaplątuje się w strunę, szklany tunel,
którym pewnej jesieni ktoś będzie przesyłał

umarłe zwierzęta i wstyd.


Zakupy

Pokora, muszę nauczyć się na pamięć
tego słowa. Muszę wsłuchać się

w miarowe sapanie autobusów, zanim czerwień
dotrze do mojego przegubu. Śmiech, śmiechem
i ukłonem muszę odpowiedzieć na gniew listonosza,
bo inaczej już nigdy nie zrozumiem
ani jednego znaku widzialnego
świata. Węglem i śniegiem

muszę wykarczować te wszystkie szachownice,
które rzucają mi pod nogi specjaliści od rumoru
i zgiełku, gdyż liczba wariacji na jedną nutę
jest nieskończona. Jakoś przetrwamy tę zimę,
siostro, jakoś przetrwamy to lato, bracie,

wszystkiego najlepszego, dużo słońca,
niech obraz zawsze klei ci się do słowa,
a owo – ma ramy szerokie jak oko.



Wyjście

Ścieżka kończy się
przy parkingu. Na gałęzi,

tuż przy wejściu do ogródków działkowych,
ktoś zawiesił słuchawkę. Kto raz tędy przeszedł,
wie, że z zimy nie wychodzi się jak z nocy,
ale jak z pokoju bez klamek. Wyrasta się z bieli

jak z kitla, aby usiąść i wyznać:
nie ma takiego numeru.



* * *

Słyszysz? To jej suknie
z nenufarów i rdzy. Ptak,

nie kobieta. Być może przystaje właśnie
przed klatką schodową i kłóci się z listonoszem.
Kto wie, czy nie zabiera mu nawet torby i nie rozrzuca
kopert na wszystkie strony. Tak, niech będzie,

że ów krótki moment listopadowego popołudnia
złapał równowagę i utrzymuje się niewzruszony
między gzymsem a parapetem. Bo gdy odstawiam filiżankę
z kawą, jest już inna godzina, tło inne. Przestrzeń
odarta z powietrza i sklepienie o barwie neonu
sklepowego. Ktoś wymiotuje przez okno akademika,
ktoś inny śmieje się obracając w palcach figurkę
Neptuna. I znów nie mam ciała. Albo inaczej:

kwateruję jednocześnie we wszystkich ścianach
tego małego mieszkania na poddaszu
i jak ów słowiański bóg zawiaduję sterami
nocy. I oto niepostrzeżenie staję się Ablem,
naszymi wyjściami na papierosa, rozmową
o niezdanym egzaminie, pornografią.

Mogłaś być niebem, Mnemosyne,
a wysysa cię ornat.



Terytorium, terrarium

Tak mogłyby się wabić otwory w gniazdku,
do którego mały Bułhakow podłącza laptopa.

Jutro rewolucja,
baczność, moja Moskwo!



Marcin Orliński