homefucking [640x480]

Michał Krawiel

And all God’s angels beware,
And all you judges beware

Joy Division

1

Raz na pół godziny przejedzie jakiś samochód. Straszne zadupie wokół. Ulica z początkiem i końcem, ale nic poza tym. Nawet do Warszawy się nią nie dojedzie, a tym bardziej gdzieś dalej. Na przykład do Nowego Orleanu albo Caracas. Stąd to jest nawet daleko na przystanek. Z przystanku jakieś pół godziny do Olsztyna, a stamtąd na dworzec Victoria w Londynie jakieś dwadzieścia pięć godzin jazdy kolejnym autobusem. Wyspy to nie Kalifornia. Za dużo deszczu i za mało surferów. Otwieram okno i zapalam papierosa. Gdzieś tam daleko przejeżdża pociąg. Noc niesie stukot po okolicy.

2

Pamiętasz jak pierwszy raz słuchaliśmy Californication? Cholera, to była ósma klasa. Na Vivie Zwei zobaczyłem teledysk do Scar Tissue. To był rok, w którym Jan Paweł II przedostatni raz był w Polsce. Wyszła sprawa z kremówkami. Parę tygodni później pojechałem do Olsztyna kupić okulary przeciwsłoneczne. Pamiętasz które? Tak, właśnie te śmieszne lenonki. W empiku na rotacji była płyta Californication. Chyba też w tym roku wyszedł Silverchair. Na Vivie Zwei wszystko na rotacji. Pamiętasz dokładnie? Zabawne jak to wszystko zmieszało się z hormonami i zostało w pamięci. Później zdawaliśmy do ogólniaka i nasza mała psychodelia się rozpadła.

3

Najwięcej myślę o Kalifornii wiosną. Wiem, że to prawie jak Los Angeles. Jakieś jego przedmieścia. Palm nie ma, ale kalifornijski punk rock i deska. Tylko tu chyba częściej pada deszcz, a w Olsztynie nie ma Golden Gate. Raczej nie San Francisco. Raczej nie to. Paweł zniknął lata temu. Była wiosna. Uciekł do Kalifornii. Asia w to nie wierzy. Trudno, ja nie będę jej wyprowadzał z błędu. Paweł surfuje pewnie dziarsko na jakiejś plaży jak ze Słonecznego Patrolu, albo z teledysku Pepersów. W tym złotym obrazie do Road Trippin’.

4

– Porozmawiajmy patetycznie – zaczepia mnie Łukasz. Poprawia przydługie blond włosy. Nie wiem po co to wszystko zaczynać. Jeszcze się pobijemy albo śmiertelnie pokłócimy. Wtedy któryś z nas będzie musiał umrzeć.

– O czym chcesz tak patetycznie porozmawiać? Masz pomysł, temat albo jakaś sytuację?- nadal uważam, że cała sytuacja jest cholernie jałowa. Brak jej sensu i powagi. Takiej prawdziwej powagi – Łukasz poprawia przydługie włosy i połamany mostek też poprawia.

– Gadaj ze mną patetycznie. Porozmawiajmy o literaturze i o tym jak idealistycznie podchodzisz do tych ładnie brzmiących zdań. Myślisz, że w tekście masz Kalifornię? Chuja masz z tej tekstualnej Kalifornii. Zdania składane po prostu. Z lekkim bólem zęba i swędzeniem małego palca u lewej ręki – atakuje, ale nie krzyczy. Po prostu pluje. Wyrzuca z siebie kilka zdań na minutę. Trzymam stoper i wyliczam średnią. Jest dobra. Robi się zimno. W maju czasem robi się tak zimno. Masy powietrza toczą się z jakiejś tam północy. Toczą i zostawiają chłód pod blokami i w pokojach. Średnia ma zajebista.

– Wiesz co Łukasz? Pierdol się. Pierdol i to równo. Nie wkurwisz mnie dziś. A tak w ogóle, to czy ty nie powinieneś już dawno zgnić i zniknąć? Przecież ten samochód rozłupało na dwie części – oczywiście nie mówię tego wrednie. W ogóle, to tak naprawdę to się martwię.

– Jaki Łukasz? Nie poznajesz mnie? No nie pierdol, Iana Curtisa nie poznajesz. Powiesiłem się w dniu twoich urodzin. No wiesz ten od Transmission. Listen to the silence. Nie kojarzysz?  A później też nie łapiesz? ? patrzę na jego chudą twarz i nic nie mogę zrozumieć. Nic z tych angielskich słów. Nawet jego polskiego za bardzo nie łapię. Oczy ma strasznie nieobecne i szalik okręcony wokół szyi jak stryczek. Oczy prawie wyłażą z orbit, a język jakby mu puchnął.

5

Kiedy pierwszy raz usłyszałem Joy Division? To było w dzień śmieci kameruńskiego piłkarza. Lipiec i warszawskie Bródno. ?Love will tear us apart?. Tak, dokładnie ten kawałek. Później było tego więcej. W następnym tygodniu wyjazd na domek pod Olsztynem. Kilka folderów. Albumy, klipy, jakieś koncertówki. Wszystko w wakacje między maturą a pierwszym rokiem studiów.

6

-Wsiadasz? No, stary nie pierdol. Wsiadaj i już – ponaglają mnie. Wołają. Prawie krzyczą. Nie lubię jak ktoś na mnie krzyczy. Mówię, że muszę jeszcze do sklepu. Spalić też muszę do końca papierosa. Maj się ocieplił. Już człowiek nie leży nocą skulony pod kołdrą. W dzień też nie. Silnik rozgrzany i pierdzi spalinami. Poprawiam czapkę na głowie. Rzucam niedopałek na ziemię. Marek otwiera drzwi. Wbijam się do starego poloneza. Żółty. Jasnożółty. Taki ciepły kolor. Jak zdrowy mocz. Wsiadam i rezygnuję ze sklepu. Piwo odkupię od Pawła na miejscu.

– No to ruszamy do Kalifornii. Maciek, włącz Pepersów. To, chyba odpowiedni czas na taką muzę! – Marek krzyczy mi w ucho. Robi to świadomie. Jest w tym cholernie konsekwentny. Ucho zaczyna boleć. Cała ta Kalifornia zaczyna mnie bardzo cieszyć. Pytam się czy mają deskorolki i płyty No use for a name. To byłoby dobre na Kalifornię.

7

– Pierdol się Łukasz! Ja jadę z chłopakami do L.A. Dlatego się pierdol. Gadaj sobie patetycznie z lustrem – mówię mu to, choć źle mu nie życzę. Nawet się o niego martwię.

8

ffffound.com
ffffound.com

Wszyscy śpią. Ja prowadzę samochód. Niebo maksymalnie zasypane gwiazdami. Otwieram okno, żeby zapalić papierosa. Noc nie jest wcale taka zimna. Chyba już lipiec. Koło mnie siedzi Marek. Krępy skurwiel o twarzy nastolatka. Mógłby w wieku lat dwudziestu sześciu spokojnie grać piętnastolatka. Jak w tych amerykańskich serialach dla młodzieży. Widzę jak strużka śliny spływa mu po brodzie. Obleśne. Wypuszczam dym. Wrzucam do odtwarzacza płytę Mezzanine. Muzyka w drodze do Kalifornii jest bardzo ważna. Cała droga opiera się na tej muzyce. Kawałek Inertia Creepes. Zaraz wejdzie perkusja. Soczyste uderzenia. Dodaję gazu i zamykam oczy. Rytm jest mapą. Rytm poprowadzi nas do L. A.

9

– Łukasz co ty masz w ogóle wspólnego z Ianem Curtisem? – maj robi się coraz bardziej nie do zniesienia. Pot ścieka mi po plecach. Zostawia ślady na plecach i pod pachami. Łukasz patrzy na słońce i nic nie mówi. Zakładam za duże okulary przeciwsłoneczne. Chcę zobaczyć słońce dokładniej od Łukasza. Pytam. Znowu pytam:

– Co masz z nim wspólnego? Może byś odpowiedział! Kurwa, czy ty jesteś przygłuchy, a może przygłupi? – nie o to chodzi, że źle mu życzę. Można powiedzieć, że się o niego bardzo martwię.

10

Stacja benzynowa gdzieś w Niemczech. Stoimy przy samochodzie i palimy polskie fajki. Noc ciepła i sierpniowa. Niebo rozświetlone  dalekim Berlinem. Nie rozmawiamy ze sobą w ogóle i w ogóle wiemy o sobie w tej chwili wszystko. Kto, co i gdzie pił. Kto zesrał się w samochodzie pod Szczecinem. Nie wiemy tylko jednej rzeczy – ile zostało kilometrów do Kalifornii. Nie wiem przez jakie jeszcze kraje przejedziemy. Niebo generalnie się nie zmienia, a żaden z nas nie umie nawigować przy pomocy gwiazd.

– Tankuj Marcin. Tankuj póki szwab nie patrzy. A ty wsiadaj do samochodu – Marek wpada na pomysł. Myślał nad tym wszystkim patrząc na dym wypływający z moich ust. Przerzucam euro w kieszeni i nie wiem po cholerę cała ta zabawa. Po chuj się babrać. Wsiadam jednak, nie chcę po wszystkim słuchać całego gadania. Reszta też wsiada. Tomek bawi się nożem z tyłu. Gwiazdy nic mi nie mówią. Sny też, bo do dwudziestu czterech godzin prawie nie spałem. Marcin rzuca wąż na ziemię, wcześniej oblewając benzyną ziemię wokół. Marek krzyczy, żebym ruszał. Szybko. Ja pierdolę, coraz szybciej. Marcin biegnie za nami i w ostatniej chwili wskakuje do auta. Rzuca na koniec peta. Benzyna za nami zaczyna się palić. Jak wąż wije się w kierunku stacji. Wybuch.

11

Śmieją się. Kalifornia wymaga ofiar. Potrzebuje ognia i dymu pełnego ludzkiego tłuszczu. Dymu nasiąkniętego colą ze sklepu na stacji benzynowej. Nie odzywam się do nich. Na razie mnie to nie bawi.

12

Łukasz wciąż milczy. Słońce zrobiło już rundkę nad blokiem. Łukasz wstał i patrzy na swój wychudzony cień.

– Skończ z tymi pytaniami. Wszystkiego wiedzieć nie możemy. Patrz na ten cień. W sumie to nic o nim nie wiem. Nie pytam go jednak o nic, wystarczy mi, że wyrasta mi spod palców – mówiąc to zaczyna podskakiwać. Ja zaczynam się drapać po spoconej szyi. Musi być cholernie słona. Słońce drepcze sobie z powrotem po niebie.

13

Jadę szybko. Licznik nie działa, ale wiem że wyciągam z auta bardzo dużo. Po wybuchu chłopaki zachlali się. Cały czas czuję benzynę. Zupełnie jakby najebali się całą stacją benzynową, a później wysadzili wszystko w powietrze – razem ze swoimi głowami. Jeżeli Kalifornia wymaga ofiar, to musi być czymś w rodzaju boga, albo przynajmniej świętej góry, pępka świata. Picie benzyny formą hołdu. Spalone stacje jak jakieś staropruskie miejsca kultu. Wrzucam Dead Can Dance i zapalam papierosa. Dodam jeszcze trochę gazu, żeby dojechać jak najdalej przed wschodem słońca. Ciekawe czy ktoś nas szuka. Jakaś polizei albo inne specjednostki z helikopterami i czarnymi furgonetkami.

14

Sierpień strasznie gorący. Lipiec i czerwiec też takie były. Nawet maj, oprócz tych kilku chłodnych dni. Tych dni, które wkradają się pod pościel. Marek prowadzi od kilku dni. Podpalamy stacje benzynowe i wciąż słuchamy Johna Frusciante. Podpalają stacje, a ja tylko słucham muzyki i patrzę na mijane samochody. Każdą stację podpala ktoś inny, tylko ja wciąż się wymiguję. Mówię, że to, albo tamto. Czasem prowadzę samochód. Przestają powoli ze mną rozmawiać. Przestają nawet mnie zauważać. Od kilkuset kilometrów prawie dla nich nie istnieję.

– Dziś pójdziemy krok dalej. Stacje to za mało. Więcej i maksymalnie musi być. Stacje to już za mało, takie tam popiardywanie. Rutyna i tyle – Marek teraz jest najważniejszy w grupie. On stawia warunki. On jest nadrzędny w całej sytuacji. Niedługo będzie nadrzędny wobec całej sytuacji. Siedzi w hawajskiej koszuli. Włosy mu wypłowiały. Jest już prawie Kalifornijczykiem. Później jest Marcin i Tomek. Ja jestem daleko za nimi. Wyglądam jak jakiś odrzutek. Podrzędny w sytuacji i jeszcze długo podrzędny wobec sytuacji. Zjeżdżamy z autostrady do miasteczka. Małe domki z równo przystrzyżonymi trawnikami. Przed niektórymi bawią się małe dzieci. Biegają i kopią piłeczki, piłki. Kopią też siebie nawzajem. W kostki. W brzuchy. W podbrzusza.

– Co planujesz? – pytam się Marka, którego chyba coraz bardziej się boję. Boję się tego, że już nawet mi nie odpowiada. Marek nie zwraca na mnie uwagi i zagaduje o coś siedzącego przy nim Marcina.

15

– Co cię łączy z twoim cieniem? – pytam Łukasza i mam nadzieję, że mi odpowie. Wiem, że wtedy robił sobie jaja z tymi palcami i cieniem. Z jego wypływaniem spod palców. Musi być coś więcej. Łukasz gasi peta i mówi:

– Czy to ważne? Zadajesz dużo za dużo pytań – Łukasz pokazuje mi fucka. I odwraca się w stronę ulicy.

– Łukasz, co ty odpierdalasz? Skończ z całą zabawą – mówię mu to bardzo spokojnie. Nawet się nie zapluwam. Mimo, że leci sobie ze mną w kulki, to wcale nie życzę mu źle. Nawet się o niego martwię, tylko kiedy on zacznie się martwić o mnie?

16

– Na co czekasz. Koleś weź się w garść – Marek krzyczy na mnie, a ja trzymam kij nad głową tego kolesia. Oczy ma wlepione we mnie. Patrzy tak, jakby to wszystko zależało właśnie ode mnie. Cholerne ręce mi się trzęsą. Z faceta leżącego za mną wycieka krew.

– Kurwa, pamiętaj o Kalifornii. Pamiętaj o Pacyfiku i falach. JEBNIJ mu. TERAZ. TERAZ. Marek drze się na mnie, a ja się wyłączam. Pstryk i nic już nie myślę.

17

– Łukasz? – zaczynam, ale on od razu przerywa. Jeszcze długo będę pytał, a on mi jeszcze dłużej nie odpowiadał. Do zmroku jeszcze chwilka jakaś jest.

– Pałuj się – i znów pokazuje mi fucka. Przydeptuje peta. Zmrok teraz wydaje się całkowicie mało realny. Pęknięty mostek rzuca długi cień.

18

Marek uderzył mnie w twarz. Czuję jak puchnie mi prawy policzek. Krew w ustach też czuję. Marek wyrywa mi pałkę z ręki.

– Kurwa trzeba było go jebnąć mocniej. Nie potrafisz? Co? – mówiąc to uderza klęczącego kolesia. Coś mu pęka w głowie. Słyszę to dokładnie. Jak chrupanie przy wyrywaniu zęba. Koleś zalewa się krwią, ale to chyba już musztarda po obiedzie. Umarł i tyle. Nie wiem co bardziej mnie przybija, jego śmierć czy to, że nie umiałem tego zrobić sam. Wsiadamy do samochodu. Marcin prowadzi.

19

– Słaby jesteś. Wiesz? – Łukasz mówi mi to i się głupkowato przy tym uśmiecha.

20

Jeździliśmy po tym miasteczku ze dwie godziny. Marek zaczął mówić o kolejnych krokach. Kalifornia jest już bardzo blisko, ale trzeba być twardym. Musiała być niedziela, bo wszystko było takie leniwe. Przechodnie wydawali się prawie nie oddychać. Kwestia przyzwyczajenia organizmu do letniej niedzieli. Chmury prawie nie reagowały na podmuchy ciepłego wiatru. Wciąż tak samo na niebie. Wciąż tak samo słońce świeciło. Jak film o przedmieściach. Nastoletnie miłości i pierwsze zbliżenia w pokojach oklejonych plakatami. Grile w ogródku i imprezy ich rodziców, w czasie których jedno z nich zdaje sobie sprawę, że to jednak nie to. Dzwonią później do prawników. Słuchaliśmy akurat Deftones. Zajechaliśmy pod samotny domek. Chyba jakiś nowy i osiedle za nim nie nadążyło. Marek chowa w rękawie pałkę. Wysiadamy razem z nim. Prosta sprawa, ale to mój pierwszy włam. W ogródku siedzi dwóch kolesiów. Marek podchodzi do pierwszego i od razu przypierdala mu w głowę. Krew strzela z nosa. Uderza jeszcze parę razy. Drugi facet tylko patrzy. Nie krzyczy. Nie ucieka.

21

– Idziesz cały czas pasem zieleni. To chujowe na dłuższą metę jest. Z prawej masz asfalt, a z lewej masz wodę. Nie wiesz czy chcesz płynąć, czy jechać. Bo ty ciota jesteś i tyle – Łukasz mówiąc to wszystko szczerze się uśmiecha. Podskakuje na krawężniku. Stara się pokazać, co robię źle. Chyba zaczyna się o mnie martwić.

22

– Może go zabijemy? Co ty na to? Pomyśl – Tomek podaje peta. Nie zastanawiam się. W sumie to jestem już zdecydowany. Marek za bardzo urósł. Za bardzo naszym kosztem. Jest za blisko Kalifornii, a tak nie może być. Jedziemy razem i razem musimy być na miejscu. Żadnej rywalizacji. Żadnego wyprzedzania. Żadnej forpoczty. Wypuszczam dym.

– Załatwimy. Załatwimy i posprzątamy wszystko – mówię to bardzo pewnie. Podoba mi się, że słuchają mnie w takim skupieniu. Marszczą czoła i mrużą oczy.

– Jutro to załatwimy. Nie ma co się za bardzo przejmować – gaszę peta. Idę się wysikać.

23

– Pamiętasz jak pierwszy raz słuchaliśmy Californication? – pytam i wciskam skurwielowi pistolet w usta. Kalifornii się mu zachciało. Przed nami. Przede mną. Już nie pamięta naszej małej psychodelii. Już. Już. Już prawie po wszystkim, chłopaki. Przestałem się go bać jakieś trzysta kilometrów temu. Zatrzymaliśmy samochód w lesie. Czasem trzeba się wysrać i rozpalić wcześniej grilla. Wtedy Marek znów zaczął się wozić. Za bardzo się czuł. Za duży wobec nas. Za duży wobec mnie.

– Pamiętasz, czy mam cię zajebać teraz i obrzydliwie boleśnie mam to zrobić? – wciskam mu broń głębiej. Z oczu ciekną mu łzy, ale nie wiem czy się boi. Może po prostu wpadł mu paproszek ołowiu do oka. Może lufa pistoletu drażni go tak po prostu.

– Pamiętaj o tym wszystkim po tamtej stronie, zasrańcu. O moich okularach. Masz w dupie naszą małą psychodelię – samochód schowany między drzewami ze zgaszonymi światłami czeka, ale czeka tylko na mnie. Marka w nim nie będzie. Zwolni się jedno miejsce i będzie można spać z tyłu. Wygodniej.

24

ffffound.com
ffffound.com

– Możesz zamknąć oczy, wtedy będzie łatwiej. Możesz też patrzeć głęboko w oczy, wtedy będzie cynicznie. W żadnym z tych wypadków nie będzie lżej – Łukasz mówi o Kalifornii i słońcu. Bierze za mnie odpowiedzialność. Wreszcie.

25

Jak go zabije to co się stanie z nim. Co się stanie ze mną. Wątpliwości jakieś wyrastają mi z głowy. W języku nadal wyzywam go od chujów. Nadal jestem silniejszy. Nadal ten lepszy. Jeżeli Boga nie ma, to co nas za szatany? Kurwa, mięknę. Robię się sflaczałym kutasem. Ledwo czuję cyngiel pod palcem.

– Co kurwa z Pepersami? Mów do chuja! Gnat może ci przeszkadza, trudno. Mów. Mów. HAHAHA!!! – coraz bardziej krzyczę i pot coraz bardziej spływa mi ze skroni. Z łysej głowy. Spływa po gęstej brodzie.

26

– Patrz na ten pochód – pokazuje palcem ludzi czekających na zielone światło. Łukasz bawi się teraz w mojego mentora. W jakiegoś mistrza zen, albo szefa sekty.

– Patrz. Lepiej przypatrz się. Odbieraj każdego oddzielnie. Odbieraj ich też wszystkich razem. A na koniec zobacz wczoraj, dzisiaj i jutro za jednym zamachem. Dasz radę? – Łukasz coraz bardziej odjeżdża ze swoimi radami. Ja chciałem tylko, żeby powiedział mi coś o Kalifornii, Ianie Curtisie. Pokazał, że dobrze mi życzy.

– Widzisz ich? Widzisz tak jak mówiłem? – pokazuje palcem, później zakreśla łuk na niebie i gasi słońce.

27

Marek płacze. Zaczyna bełkotać. Zapchany gnatem ryj jest dla niego upokarzający. Na chwilę w sobie odzyskuję pewność. Znów w języku i w dłoni tak samo silny. Mogę miażdżyć krtanie i rozgryzać kości.

– Marek. Mareczku. Marku, kurwa mać! Czemu? Po cholerę? Po chuj tak się chciałeś odciąć? Wyróżnić. Wyprzedzić. Teraz miej nadzieję, że szybko się wyłączysz. Możesz też mieć nadzieję na niebo, reinkarnację czy innego rodzaju eschatologiczne sytuacje – oko Marka wpatruje się we mnie. Znowu tracę trochę pewność siebie. Ręka traci siłę. Ledwo trzymam pistolet. Boję się, że Marek przegryzie lufę. Przegryzie, a potem rzuci się do mojego gardła i rozerwie je. Rozpruje po prostu, uwalniając przy tym krew. Tego nie chcę. Lufa jak penis w ustach. Strzał jak ejakulacja. Naciskanie spustu jak poruszanie ręką.

– Bang Bang! – uśmiecham się i naciskam spust.



Trzecie Bang i druga część „Kalifornii” – na dniach u Karpowicza.
Michał Krawiel ? rocznik 84, nie ma pracy, mieszka we Wrocławiu, pochodzi z Warmii, publikował papierowo i elektronicznie. www.ermland.blogspot.com