stretching

nie wydaje się, żeby poranek był słoneczny, mimo
to mężczyzna, który wynalazł szczęście się nie dusi
ze śmiechu
nie wydaje się, żeby się czuł większy i silniejszy, a zarazem
mężczyzna, który wynalazł szczęście nie potrafi
się cieszyć w głębi duszy
znikąd donikąd
nie wydaje się, żeby wiosna w końcu ustała
i dlatego mężczyzna, który wynalazł szczęście
ma spocone ręce
i nie wyrabia
złości go, że córka nie zadzwoniła
zauważył plamę
na siódmym prążku na koszuli na lewo na brzuchu
cieszy się na obiad
a kiedy stwierdzi, że składa się
z soku i dwóch papierosów
trochę cierpi i trzyma dietę
łapie się na tym, że za oknem widzi
już czwarty dzień
to samo
i wybiera mniejsze zło
przeciąga się z rozkoszą
w niedzielę głaszcze kota

nie wydaje się, żeby sobie przypominał
jak wynalazł szczęście
ta myśl go zbudziła
ale jeszcze była noc
czasami ma wrażenie
że się kurczy, nie wygłupiaj się, powtarza sobie
nie wydaje się, żeby mężczyzna,
który wynalazł szczęście teraz rozmyślał
jest troszkę zmęczony
nie chce się do tego przyznać
nie może
znikąd donikąd


1., 2., 3.

po pierwsze
zawsze go dziwiło
że na urlopie na mieliźnie
pływa się tak samo jak na głębi
że przed blokiem na rancie chodnika utrzyma równowagę tak samo
jak na desce nad hipotetyczną przepaścią
(ulubiona zabawa w dzieciństwie)
i że w wodę i wino wypija w końcu takim samym haustem
po drugie
te powierzchnie, zagadka, wszędzie powierzchnie
nic tylko powierzchnie i skąd się tu wzięły
i te wszystkie ich zakłopotane przeciwieństwa
na grubym dywanie gniewny jamnik o delikatnej sierści
siedzenie w styczniowym tramwaju zagrzane przez nieznanego pasażera
ryk motoru terenowego w niedzielę na cały regulator
dziewczyna, ładna, ale na pierwszy rzut oka głupia
albo słodkie słówka osób publicznych niewątpliwie mających problemy z trawieniem
i z ulgą zerwany strup
po trzecie
kiedy z przyzby chatki
obserwuje trawnik wypracowany dzięki wytrwałości
sąsiadki, która weekend
w weekend wyrywa z niego
stokrotki
jedną po drugiej
jak włosy na plecach
i czemu znowu wyrosną


Szedłem, on za mną
Odwracam się. Biegnij do domu, mówię.
Macha ogonem. Idę dalej. Idzie za mną.
Jestem w domu. Siedzi obok mnie
i uważnie obserwuje mnie oczami.
To nie są psie oczy.
Codziennie wychodzę rano.
i wieczorem wracam. Ciągle idzie za mną
i obserwuje mnie oczami. Nakarmiłbym
go, ale nie żre. Tylko macha
ogonem . Jest wesoły jak szczenię
ale nie żre. Zacząłem znajdować
w ogrodzie zdechłe koty.
Były rozszarpane, ale
nie brakowało ani kawałka. Zakopuję
je z tyłu pod kasztanem. Obserwuje
mnie uważnie oczami .To nie
są psie oczy . W nocy coś
ugryzło wilczura sąsiadów. Siedzi
obok mnie. Kiedy do niego mówię
macha ogonem, ale żreć to nie chce.
Już od dwóch tygodni nic
nie przyszło do skrzynki. Dzwoniłem na pocztę
Podobno sam mam iść zabrać sobie
listy. Jak mam do ciebie mówić? Pytam go.
Macha ogonem i chyba w odpowiedzi
albo żeby mnie zdenerwować trochę
warknie. Ma wielkie ostre
zęby. Macha ogonem.
Patrzy się na mnie. Nie chce żreć. Patrzy
się na mnie. Ale to nie są
psie oczy.


(reprodukcja heraklitowska)
ludzkie ciało

jest w około
2/3 złożone z wody
człowiek zatem
– lekko
przesadzając – płynie, choćby
z wodą płodową ( w szerokim
tego słowa znaczeniu) albo
z prądem rzeczywistości (sic!), które zdają się być
jasne, mają źródła
i ujścia, tak jakby był czas
stawania się potokiem, tokierm
i tokiem głównym, przynależności
do jednego, niedyskutowalnego
basenu morza a potem
w morzu
(udowodniono, że w tym stanie można
zupełnie odpływać i na manowce),
i dalej w odpowiednim oceanie poddawać się
krążeniu i przy pierwszej okazji
wyparować i stać się
jakimś rodzajem zachmurzenia. Dzięki
pogodzie sytuacji
i wyżom i niżom ciśnieniowym
pewnego dnia (może i z ulgą) się
gdzieś
zbiegiem okoliczności (rozumieją nieprzypadkowo)
rozpadać
i spaść z powrotem na ziemie
i wpić się (oczywiście jeśli gleba jest
przygotowana na przyjęcie wilgoci, do czego
na przykład po długim okresie suszy
albo na glebach inaczej dotkniętych
abnormalnymi zjawiskami klimatycznymi lub działalnością człowieka
dojść nie musi).
Z tego punktu widzenia
życie to tylko (dość konwencjonalna)
metafora. Przynajmniej to.



[Z tomu 55 007 znaků včetně mezer” („55 007 znaków ze spacjami”)]

Przełożyła Zofia Bałdyga


Ondřej Buddeus (urodzony w latach 80.) mieszka w Pradze. Doktoryzuje się na skandynawistyce w Uniwersytecie Karola w Pradze. Tłumacz z niemieckiego i norweskiego, redaktor naczelny pisma literackiego Psí víno, okazjonalny redaktor (debiutanckie tomiki Jana Těsnohlídka ml. i Jana Zbořila). W 2011 roku wydał zbiór tekstów 55 007 znaků včetně mezer (55 007 znaków ze spacjami) i Orangutan v zajetí má sklony k obezitě (Orangutan w niewoli ma skłonności do otyłości, wspólnie z  Alžbětą Skálovą i Martiną Kupsovą). Jego teksty były przetłumaczone na DE, PL, IT, ENG. Wspólnie z  Lukášem Koskiem założył poetycko-muzyczny Beaux Bijoux Projet.