ffffound.com

ffffound.com

Przede wszystkim pan N. zrobił listę zakupów. Dobrze zaostrzonym ołówkiem twardości H1 spisał na poliniowanej kartce ? wyrwanej z notesu, który specjalnie w tym celu nabył ? to, co mu było potrzebne. Miał już wszystko w głowie od paru tygodni, więc sporządzanie wykazu nie trwało zanadto długo. Lista wydawała się kompletna, jednak po chwili zastanowienia pan N. dodał jeszcze parę pozycji. Jeszcze to, i to, i oczywiście ? jakże mógł zapomnieć ? to. Zdziwił się nieco, spis zajmował pełne dwie strony, zapełnione linia w linię jego drobnym, starannym pismem; gdzieniegdzie zapiski wychodziły nawet poza marginesy. O tak ? pomyślał pan N. ? kręcąc bezradnie głową, nie może przecież być tego mniej, jeśli wieczór ma się udać tak, jak zamierzył. Na drugi dzień, radosny i podniecony, pojechał ze sporządzoną listą najpierw do supermarketu, gdzie prędko napełnił po brzegi dwa wózki, po czym odwiedził kilka sklepików, barów i restauracyjek, rozłożonych w pasażu galerii handlowej. Zadowolony stwierdził, że mieli wszystko, co umieścił na liście. Dorzucił nawet to i owo. Wracając uzupełnił jeszcze zakupy na placu targowym. Kręcił trochę nosem, wzruszał ramionami, kiwał głową, wywracał oczami, skrobał się po brodzie, ale kupił co trzeba i z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku ruszył do domu. Wypakował zakupy w kuchni i spiżarni (nie trwało to krótko i pan N. nieco się zasapał), w końcu zmęczony, ale zadowolony z siebie zrobił sobie dużego, mocnego drinka. Rozejrzał się, początek był imponujący. A więc do dzieła. Po kolei. Po kolei i bez pośpiechu.

Wielką ucztę planował już od dawna, myśli o wielkim jedzeniu chodziły za nim krok w krok, ostatnio stały się wręcz natarczywe. Więc jeśli owo jedzenie ma wyglądać jak należy, to oczywiście w jego przytulnym, z smakiem i gustem urządzonym mieszkaniu, oczywiście samotnie, tak by nikt go nie irytował, nikt mu ? broń Boże ? nie doradzał, nie przeszkadzał, nie zaglądał w garnki, do talerzy i kieliszków, tak by nic nie zakłócało kulinarnego seansu, oczywiście pod koniec tygodnia, na początku weekendu, aby w ciągu następnych dni dobrze wypocząć, dojść do siebie, zregenerować siły, oczyścić organizm, oczywiście bez żadnych ograniczeń, bez oglądania się na kalorie, procenty, rady i rozmaite pouczenia pożal się Boże ?ekspertów? od dobrego żywienia, ?fachowców? od zdrowej diety i tym podobnych szarlatanów.

Wszystko zaplanował precyzyjnie, zgodnie w wymogami sztuki, nie zapominając o nowych trendach kuchni fusion i kuchni molekularnej (za nowościami akurat pan N. nie przepadał, ale rozumiał, że Duch Czasu i jego czasami prosi o zrozumienie, jeśli już nie o pełną akceptację). Zakasał rękawy, założył fartuch. Otarł z czoła kropelkę potu. Gotowe. Jaka arché ? taki też i éschaton. Teraz nakrył duży stół w jadalni lnianym haftowanym obrusem, do wazonu wstawił świeże kwiaty, porozstawiał porcelanową zastawę, poukładał platerowe sztućce, ustawił świecznik, udrapował serwetki, rozpylił trochę sandałowego zapachu (czytał kiedyś, że dobrze wpływa na trawienie), wyłączył telefony (a nuż komuś przyjdzie do głowy pomysł na wieczorne rodaków gadanie). Obok w gabinecie zawczasu zaciągnął story, napalił w kominku, przysunął wygodny fotel do małego stolika, włączył łagodną muzykę, która cicho sączyła się po całym mieszkaniu. Sprawdził na wszelki wypadek toaletę, lepiej ? w razie czego ? mieć dobrą komunikację. Kotu, który zaciekawiony i zwabiony kompozycją zapachów, wypełzł nareszcie ze swego koszyka pod akwarium, nalał świeżej śmietanki i rzucił parę smakołyków. A więc, panie i panowie: zaczynamy.

Na początek czekadełko, zaraz potem ? comme entrée ? jako przystawki? Zaś jako danie główne, plat principal? I tak dalej. Język francuski wydawał się panu N. bardzo odpowiedni, jeśli chodzi o sprawy cuisine; dodawał banalnemu żuciu, połykaniu i trawieniu jakiegoś blasku, powabu, czynił je nawet ? zastanowił się pan N. ? uczynkami szlachetnymi. A ponieważ noblesse oblige ? delektował się swoją francuzczyzną ? więc jego dzisiejsze starania są całkiem, ale to całkiem na miejscu. Niezły ? zadumał się ? byłby też język chiński, biorąc pod uwagę dorobek żółtej kuchni, ale nim pan N. niestety nie władał.

Zatem kawior, awokado, tacos, carpaccio w paru odmianach, ślimaki winniczki, vol-au-vent, ricotta z włoskimi orzechami, suszone szparagi, krewetki, przegrzebki i ostrygi, swojski tatar, pajda wiejskiego chleba ze smalcem, kilka zup: z raków, marsylska z owoców morza, cebulowa, piwna, krem z porów, krem z borowików, klasyk środkowoeuropejskiej kuchni: zawiesisty, tłusty rosół z makaronem, posypany obficie natką pietruszki, pomidorowa, bulion z kołdunami, barszcz biały, barszcz z uszkami, ukraiński i ? dla równowagi ? małorosyjski, Eintopf, żur  w okrągłym chlebku, flaczki. Maki-sushi i tempura. Ryby: słodkowodne, pstrąg, lin i sandacz, morskie, sola przede wszystkim, dorsz atlantycki i turbot, jeszcze płetwa z rekina (do ryb zielony sos salsa verde), raki, langusta, kalmary, mule, teraz drób, rzecz jasna kapłony, z przyjemnością bażant i kaczka po pekińsku, chop suey, przepiórki w sosie Varenne, kolej na mięsa z rusztu (uprzednio dobrze zamarynowane), dalej jagnięcina i delikatna polędwica, wytworne boeuf: strogonoff i bourguinon, zwyczajny swojski schabowy z kapustą, austriackie gadanie, czyli sztukamięs z chrzanem, zrazy z kaszą ? la Radziwiłł i zrazy po nelsońsku, frykadele, przygotowany długo, długo wcześniej czulent, potem cassoulet, madziarski, ostry jak brzytwa gulasz, szczypta egzotyki: aromatyczny pilaw, wonne curry, picadillo, fajitas, enchilladas i tortillas. Koniecznie ? dla zbalansowania ? soczysta golonka i nowojorski ogromny hamburger na grzance. Do przegryzienia kilka zamrożonych azotem kulek, które wyglądają jak lody, a smakują jak wątróbka z cebulką albo jak cielęcy kotlet, jeszcze kilka innych mięs, duszonych, pieczonych i smażonych. Ratatouille i grecka musaka (nie mogło ich braknąć). Spaghetti i lasagne. Angielski pudding. Do tego garnitury warzyw, jarzyny z grilla, zielona sałata, doskonałe rydze z patelni, szparagi pod beszamelem, trufle, purée z ziemniaków, purée z groszku, pieczone karczochy, kładzione kluseczki i frytki, gnocchi, kopytka, kluski śląskie, cepeliny i kartacze, świeże pachnące chrupiące bagietki i małe maślane bułeczki z makiem. Korniszony, oliwki, grzybki i cebulki-dymki w zalewie octowej. Następnie zestaw serów: białe, niebieskie, miękkie, twarde, pleśniowe, dojrzewające, mozarella, gorgonzola, brie, camembert, roquefort, gryuere, gouda, ementaler, feta i polski góralski oscypek. Desery: bliny, naleśniki, z cukrem i cynamonem, ? la Gundel, cr?pes Suzette, clafoutis, baby, mazurki i keksy, tarty: bakaliowa, cytrynowa, wiśniowa, szarlotka na ciepło z bitą śmietaną, strudel, sernik wiedeński i sernik duński, tort Sachera, tort dobosza, torcik baletowy ?Anna Pawłowa?, cukrowe figurki, tiramisu, cymes, panna cotta, amerykańskie brownies, takie jak trzeba ? nieprzesuszone, i, of course, English muffins, kremy: karmelowy, zabayone, cr?me br?lée, różne leguminy, melszpejzy, jeszcze rachatłukum, kajmak i baklawa. Na końcu owoce, sorbety i lody. Więc owocowe sałatki, owoce w alkoholu, kompoty z renklod i liczi, gruszka pięknej Heleny, truskawki ze śmietaną, banany w czekoladzie i cząstki pomarańczy w czekoladowym sosie ? niby fondue, świeże winogrona, melba, lody pistacjowe, waniliowe, cassatte, różne gelato, przykryte pierzynką z bezów lody na gorąco Alaska. Czas na kawę, espresso ze świeżo mielonej najlepszej arabiki, malutką mocną kawę po turecku, latte macchiato, afrykańską czekoladę na gorąco z pieprzem. Do tego wybór alkoholi: małe daiquiri, mojito i cuba libre na rozgrzanie ciała, szprycer z niemieckiego rieslinga, Campari Bitter i Kir Royal jako aperitify, cydr, hiszpańska wytrawna cava, martini z oliwką, wina białe, różowe, czerwone, sec i demi-sec, francuskie, reńskie, węgrzyny, kalifornijskie, chilijskie i nowe modne australijskie, parę butelek pszennego piwa, Pilsner i Guinness do krakersów, orzeszków i słonych paluszków, sherry, zimne rosyjskie i szwedzkie wódki, wina półsłodkie i słodkie, polskie miody, porto, wreszcie koniak, armaniak, siedmiogwiazdkowa metaxa, piołunówka, anyżówka, ouzo i likiery. Zielona herbata i woda oligoceńska na trawienie. Yerba mate. Mięta.

Pan N. z przyjemnością zaciągnął się wonnym kubańskim cygarem. Rabelais, gdzieś w pobliżu krąży duch Rabelais. Dołożył do kominka małe bukowe szczapki, nie za dużo, żeby nie zrobiło się zbyt gorąco. Pogłaskał kota. Zdjął marynarkę, poluzował pasek, westchnął. Czuł, że zjadł przed chwilą solidny, obfity posiłek, nie byłby uczciwy wobec samego siebie, o nie, gdy twierdził coś przeciwnego, ale? ale wciąż odczuwał lekki głód, a raczej niewielkie, subtelne nienasycenie. Nie żeby dojmująca oskoma, nie. Raczej delikatne, łagodne, niestety wyraźne ssanie; jakby w wypełnionej przestrzeni nieoczekiwanie pojawiała się pustka. Pustka to brak, cimcum, wycofanie. A wycofywania pan N. nie znosił. W żadnej sytuacji. I byłby w sumie ukontentowany, gdyby nie owa odrobina rozczarowania, ten niewielki, graniczny, jakby brzegowy niedosyt. Posiedział jeszcze chwilę bez ruchu. Głód stał się teraz bolesny (odczuwał go bardziej jaźnią niż trzewiami) i pan N. zrozumiał, że coś musi pilnie przedsięwziąć, inaczej diabli wezmą całą pieczołowicie zaplanowaną przyjemność. Jakże to ? zadumał się N. nad sensem świata i jego marnością ? wyprawiłem wielką, wyjątkową, arcywyjątkową ucztę, la grande bouffe, i mam zejść ze sceny bez burzy oklasków? Mam zejść wygwizdany, chyłkiem, ukradkiem, jak oszust? Pociągnął spory łyk szkockiej zmieszanej z odrobiną wody i dźwignął się z fotela. A więc po pierwsze zobaczmy, co tam jeszcze zostało; pan N. wrócił do jadalni, gdzie ze smutkiem obejrzał resztki jedzenia tu i ówdzie leżące smętnie na półmiskach i talerzach. Wygląda na to, że sam sobie urządziłem potlacz – westchnął nasz bohater.

Usiadł jeszcze raz przy stole.

Było tego zapewne więcej niż dwanaście koszy ułomków, a ja jestem wciąż głodny, stwierdził po chwili pan N. zmartwiony i już dość poważnie zaniepokojony. Ugotował torebkę makaronu i drugą paczuszkę długoziarnistego ryżu, które uchowały się w jednej z kuchennych szafek. Bez dodatków smakowało to nieszczególnie. Włączył telefon, zamówił dwie duże pizze (?jedna gratis?), gyros i trochę chińskiego jedzenia. Czekał długo, a zupa tęczowa, wołowina w pięciu smakach i pierożki won ton tylko go rozsierdziły. Żuł twardawe ciasto, międląc w ustach obraźliwe dla kucharzy całego świata obelgi. Wykonał jeszcze parę telefonów do agencji ekspresowego kateringu, do kilku nocnych barów, ale jego irytacja tylko nieustannie rosła. Równocześnie rosła, potężniała góra brudnych statków, tekturowych pudełek, koszy, papierowych toreb, plastikowych sztućców i kubeczków, kartonów po sokach, butelek po napojach, gazowanych i bez gazu, z cukrem i bez cukru, z alkoholem i bez, kolorowych i bezbarwnych, mętnych, przezroczystych. Zaglądnął jeszcze na wszelki wypadek do lodówki, do zamrażarki i znów (nie po raz pierwszy, ale już chyba ostatni) do spiżarni, wygrzebał odrobinę zjełczałego smalcu, znalazł dwa kurze jajka i jedno przepiórcze, szczyptę soli, i jęcząc oraz płacząc usmażył jajecznicę na skórce po wiejskiej kiełbasie i roztrzepał mały omlet, dekorując go resztką dżemu z dna słoika. Z samego dna. I nic.

Nic? Pan N. nie byłby sobą, gdyby poddał się tak od razu. Przede wszystkim myśleć racjonalnie. Ta prosta, oświeceniowa dewiza towarzyszyła mu od zawsze, od kiedy ukończył uniwersytet, i nigdy jeszcze go nie zawiodła. Zatem i dzisiaj będzie tak samo. Uśmiechnął, zanurzył w akwarium siatkę na glony i obejrzał pierwszy połów. Skalar to może nie karp, a ciernik to nie merlin, ale dobrze doprawione, obtoczone bułeczką i mąką nie będą wcale od rzeczy. Aha, bułki i mąki już nie ma. Trudno, będą z wody. Woda jeszcze jest. Aaa, i są akwariowe ślimaki. No i, rzecz jasna, glony. Jak to dobrze, że je wtedy kupił, te ślimaki, ciekawe, ile takie coś ma kalorii? A glon? Przez krótką chwilę wydawało się panu N., że jest bliski spełnienia. Coś sobie przypomniał, usiadł z powrotem w fotelu i próbował wzmocnić efekt posiłku, trzymając się za brzuch, potem także za ucho. Zdenerwował się. Co warte są te wszystkie metody, gdy człowiek odczuwa zwyczajne fizyczne nienasycenie? Jak można wzmocnić próżnię? ?Ryby, zastanowił się nagle pan N., od wiek wieków mają naturalnego wroga. A naturalny wróg ryb gdzieś tu musi być, uradował się jak dziecko, macając ręką pod akwarium. Wrogowie naszych przyjaciół? Jeżeli się zastanowić, to pożytek z takiego stworzenia można ujmować rozszerzająco. Poza tym nie jest młody i swoje już przeżył. Basta. Kici, kici.

Niech zakwita tysiąc kwiatów. Gdyby przewidział dzisiejsze kłopoty, zapewne kupiłby więcej chryzantem. Z drugiej strony rozważał też goździki, a przecież chryzantema ma nad wątłym goździkiem widomą przewagę. I nie zaprzeczy największy malkontent, człowiek nieczuły na urok kwiatów, jest też zwyczajnie ładniejsza. Kwiaty nie były takie złe i pan N. poczuł się wyraźnie wzmocniony. Na razie tylko duchowo, ale dobre i to, pomyślał, kończąc przegryzać kwaskowatą łodygę ostatniej chryzantemy. ?Księżna Anastazja?, piękna nazwa, odtąd zawsze będzie je kupował u tej małej kwiaciarki na rogu ulicy. Kupi też w końcu jakieś doniczkowe, rację ma jego gosposia: ?Co to za dom, w którym nie ma żadnych roślin?. Więc odtąd będą. Jest ? co prawda ? pewien, nieduży, problem z błonnikiem, ale pan N. nigdy do tej pory nie skarżył się na dolegliwości jelitowe. A co nie jest zabronione? Ale dość o tym, temat roślinny zamknął się sam. Pan N. przemaszerował teraz po mieszkaniu, rozglądając się uważnie. Drobne gryzonie wykluczone, sterylna czystość mieszkania była dumą pana N. Ale insekty? Zawsze gdzieś się uchowają. Nie jest to zły pomysł. Tacy na przykład Indianie znad Amazonki. Przyszło jednak panu N. coś nowego do głowy. Chyba w ?Gorączce złota? młody Chaplin robił taki eksperyment? Warto go zatem powtórzyć, skonstatował pan N. (miał bowiem w sobie żyłkę badacza, eksploratora, żyłkę, która do tej pory uśpiona, teraz wydobyła się nareszcie, z triumfem na powierzchnię). A zatem poszukajmy, z czym by tu można p o e k s p e r y m e n t o w a ć. Kanapa jest ze skóry i większość jego kamaszy także, również torba podróżna zrobiona jest ze skóry cielęcej, i kilka par rękawiczek glacé także. Niewiele tego, zauważył całkiem przytomnie, w dobie tworzyw sztucznych, różnych elan, poliestrów, owych sztucznych ekologicznych erzaców. Otworzył książkę kucharską, jedną z kilku, jakie stały na półce nad stołem kuchennym. Oto i mamy problem, pan N. poskrobał się po brodzie: jak przychodzi do poważnego gotowania, te wszystkie książki kucharskie nie potrafią odpowiedzieć na najprostsze, banalne pytania ­? w jakiej temperaturze i jak długo?

Nie wszystko przecież wymaga gotowania, popukał się po głowie pan N. Parogodzinne sterczenie przy elektrycznej kuchence znużyło go troszeczkę, a poza tym w domu nie było już teraz niczego, co nadawałoby się do wysokotemperaturowej obróbki. Kiedyś przecież ? trafnie zauważył pan N. ? ludzie nie znali wykorzystania ognia do przyrządzania jedzenia i ludzkość przez długie tysiąclecia (setki tysięcy lat, a może i dłużej) obywała się bez pieczenia, gotowania i tym podobnych bzdur. Co sobie taki pierwotny człowiek jadalnego znalazł ? wędrowało od razu do brzucha! Bez zbędnych ceregieli. Jakie to były piękne, niewinne czasy, zanim Adam popełnił grzech pierworodny i stracił parę przywilejów. Sens i skutki tego grzechu objawiły się teraz panu N. w zupełnie nowym świetle. Kwestia zaś sprowadzała się do odpowiedzi na pytanie: co jest, a co nie jest jadalne. Kartki papieru nie są jadalne w pierwszym przybliżeniu, jednak już w drugim za takie mogą być uznane, o ile podda się je drobnym, niewielkim zabiegom. Mielenie w niszczarce jest na pewno dobre na początek obróbki. Taka pulpa (po wymieszaniu papieru z wodą i odciśnięciu powstałej masy) wygląda może nieapetycznie, ale świetnie rozpycha żołądek. Czy nie o to chodzi w tych nowoczesnych dietach?

Niewysłane do kochanek listy, nieprzesłane do wydawnictw młodzieńcze wiersze i fragment powieści, którą pisał w czasie studiów, przyprawiły pana N. o zgagę, formularze podatkowe, wyniki badań lekarskich o denerwującą czkawkę, dyplom dla najlepszego pracownika firmy w ubiegłym roku o mdłości, a fotografie ze wspólnie spędzonych z Moniką wakacji o torsje. Gazety i magazyny rozczarowały go zupełnie; widocznie jest jakaś korelacja między treścią zapisanego papieru a jego kulinarnymi walorami. Znaczki pocztowe nie zrobiły na nim żadnego, ale to żadnego wrażenia (ot, drobnica jak te akwariowe rybki), więc wzrok pana N. spoczął na regałach z książkami.

Kilkanaście woluminów oprawionych wcześniej w skórę, teraz już rozprutych i porozszywanych, leżało na podłodze; po te egzemplarze pan N. sięgnął w pierwszej kolejności. Szekspir był przyjemny w smaku, szczególnie ten w tłumaczeniu Barańczaka, słonawy i pachniał miętą z nutą lukrecji. Od tragedii antycznych, których pokaźny zbiór zgromadził jeszcze jego dziadek, zalatywało jednak pleśnią i pan N. przez chwilę czuł lekkie skurcze w dole brzucha. Za to Owidiusz przypominał lekki suflet, a Horacy ? jabłkowy mus z pistacjami. Robinsona Jeffersa raz czuł na podniebieniu jakby jadł kiełki z warzywami, to znów zdawało mu się, że zaproszono go na popołudniowe sobotnie barbecue. Derrrida i postmoderniści ciągnęli się jak guma do żucia, a francuska nowa proza nawijała się na widelec jak makaron al dente. T. S. Eliot wprowadził go na moment w ponury nastrój i wywołał dziwną suchość w ustach, na szczęście książeczka była cieniutka, a kartki z przypisami szczęśliwie pominął. Świetlicki przesiąknięty był zapachem tytoniu, od paru młodych poetów zalatywało tanim winem. Miłosz, Venclova przyciągnęli myśli pana N. do kuchni litewskiej, takiej, co to używała kopy jaj do wypieku jednego niewielkiego sękacza, a Gogol pospołu z Czechowem wzruszyli go do łez, bo rozmarzył się naraz o ogromniastym pierogu obficie polanym roztopionym masłem i dymiącym duszoszczipatielnym samowarze. Hrabal, trochę banalnie, pachniał knedliczkami z zawiesistym sosem i gęstym pienistym Budwarem, ale już przy Grassie nie miał tak prostych, jednoznacznych skojarzeń. Wittgenstein (a tak, Tractatus stał dumnie na środku regału) był jak zwykle zupełnie, ale to zupełnie niestrawny, za to Kołakowski smakował jak musli z suszonymi śliwkami. Masłowską przezornie ominął. Książki zniknęły bardzo szybko; smutna prawda była taka, że księgozbiór pana N. nie był zanadto bogaty, o, takie sobie podczytywanie tego i owego w wolnych chwilach. Cóż, miał pan N. kiedyś ambicje (kto ich nie ma), ale odeszły, gdy połapały się w czym rzecz.

Zrobił sobie krótką przerwę i szeroko otworzył okiennice. Zaczynało świtać, poszarzało i pan N. słusznie zauważył, że nadeszła właśnie pora na pierwsze, lekkie, śniadanie. A ponieważ dysponował całkiem pokaźnym zbiorem kaset wideo, płyt CD z muzyką i DVD z filmami, więc posiłek był całkiem przyjemnym doznaniem. Jak widać, uśmiechnął się z przekąsem, kontynentalne śniadania wcale nie muszą ustępować angielskim breakfast z jajkami na bekonie i pomarańczowym sokiem. Jadł pospiesznie, łykał całe kęsy, na chwilę tylko zwolnił przy Debussym, Cohenie i filmach Wendersa. Przedśniadanie rozochociło go i podnieciło, rzucił się więc bez opamiętania na sprzęty porozstawiane w mieszkaniu i różne przedmioty. Rycząc, gryząc, szarpiąc, krztusząc się przy tym i dławiąc, połykał po kolei: zegarek ze złotą dewizką, lampkę nocną, fajansową filiżankę, z której rano pił kakao, radio, budzik, dwa telewizory (jeden ogromny, plazmowy), miniaturowy aparat fotograficzny i cyfrową kamerę wideo, notebooka, telefon komórkowy z paroma ciekawymi (jeszcze ? tak mu się wydawało) numerami, notes z adresami (połowa z nich nic mu od dawna nie mówiła), święty obrazek smutnie wiszący nad łóżkiem, dwa oleodruki z Poussinem, kopię (a jakże) van Gogha, portret pradziadka w tużurku, w ujęciu trzy-czwarte, pędzla nieznanego (i niezbyt dobrego) artysty, dagerotyp prababki z parasolką, biurkowe spiżowe popiersie Ukochanego Wodza, grafikę cenionego (tylko lokalnie, tylko lokalnie) artysty, niejakiego C., jeden (wątpliwy) rysunek Witkacego i jeden (niewątpliwy, choć mały i wczesny) Sasnal (Monika miała nosa, oj miała), kukułkę, która nie pokazywała się od tamtej wiosny, majolikowy ścienny zegar ? pamiątkę po pewnym znajomym felietoniście-pisarzu, trzy szarobladoniebieskie kamienie, z których był bardzo dumny, a które ofiarowano mu (każdy z osobna) na pamiątkę czegoś tam ? z berlińskiego muru, ze szczytu Kilimandżaro i z Księżyca (wierzył w ich godne pochodzenie niezłomnie), poranne pantofle, bonżurkę wyszywaną w smoki, kilka koszul z monogramem, garnitury od Digela i jedwabne krawaty od Bartmona, twarzową panamę (w której tak kiedyś podobał się kobietom), stare sprane dżinsy do pracy na działce, do której (i działki, i pracy) nie miał już serca, kluczyki do auta, także zapasowe, kartę kredytową z wyczerpanym limitem (o mało się nie udławił), pokrytą pajęczyną tenisową rakietę, scyzoryk skauta, fajansową pastereczkę (smętna pamiątka po innej Monice), złotą gwiazdę za wyniki w ortografii w klasie trzeciej, brązową odznakę górską i medal za wojnę na Bałkanach (w służbach kwatermistrzowskich, ale jednak), książeczkę wojskową (ciągle ? psiakrew ? aktualną), prawo jazdy i paszport, śpiewnik z czasów studenckich i z drugi z Powstania (do którego nie zdążył), dwie talie kart Piatnika do brydża (grał kiedyś, co miesiąc, z kolegami z pracy), ustną harmonijkę (kupił ją na bazarze przed laty i nigdy nie nauczył się na niej grać), bębenek (na którym umiał wystukać parę podstawowych rytmów i z czego był dumny), szczoteczkę do zębów na baterie, protetyczne uzupełnienie, które zakładał dyskretnie, elektryczną golarkę, okulary do czytania, jakieś tabletki i proszki (że nie wpadł na nie wcześniej), paczkę prezerwatyw (na wszelki wypadek, który nie nadchodził) i tę jego chlubę ? zbiór wiecznych piór Mont Blanc.

ffffound.com

ffffound.com

Słońce wzeszło i oświetliło mieszkanie. Pan N. siedział na podłodze, wsparty na kilku poduszkach, zupełnie już spokojny. Kończył właśnie ogryzać swoją prawą stopę i zabierał się do lewej dłoni. W ustach pana N. znikały kolejno: nogi, nerki, płuca, serce, ramiona, szyja, tłusty podbródek. Czyż nie jestem anatomicznym ideałem? Wątroba lekko tylko otłuszczona. Mlaskał, siorbał, cmokał z zadowoleniem, i w końcu z pana N. pozostało jedynie oblicze. A gdy się to dokonało, usłyszał głos dochodzący gdzieś z góry: ?Będziesz odtąd znany jako ?Oblicze Chwały? i zawsze będziesz znajdował się u mych drzwi. Nikt z tych, którzy zaniedbują cię czcić, nigdy nie dostąpi mej łaski. Teraz zaś zatańczę swój taniec?.

Pan N. uśmiechał się z czułością.

Ja jestem pokarmem.

Ja jestem pokarmem.

Ja jestem pokarmem.

Ja jestem zjadaczem pokarmu.

Ja jestem zjadaczem pokarmu.

Ja jestem zjadaczem pokarmu.

Ja, który jestem pokarmem, zjadam zjadającego pokarm.

Ja zdobywam cały ten świat.

Jam blaskiem jaśniejącego słońca, jam jest, który to wie!

***

Ryszard Lenc, 2008, z cyklu Daimonia

Hinduski Kirttimukha, ?Oblicze chwały?, z otoczenia boga Śiwy. Znany w Chinach jako T?ao-t?ieh ? Żarłok, czasem utożsamiany z Gorgoną.


Opowiadanie wyróżnione na V MFO, Wrocław 2009


Ryszard Lenc. Prozaik. Mieszka i pracuje w Katowicach. Publikował w Akcencie, Frazie, Odrze (m.in. w styczniu br.), „Opcjach”,  „Pan Slawiście”, „Toposie”. SLKKB w Łodzi wydało w 2007 r. tom opowiadań „Ja, Wittgenstein”. Wyróżniony na V MFO we Wrocławiu, co uważa za duży zaszczyt. Najnowsze numery „Akcentu”, „Frazy” zamieszczą niebawem jego teksty. Główne wątki literackie: mity, związki filozofii i religii.