http://blog.eiknarf.com/

3.

Psychoza i spisek: na tych dwóch ? ha! ? haczykach moglibyśmy podwiesić to całe nieźle popaprane zjawisko prozy Thomasa Pynchona, które znamy najpełniej z Tęczy grawitacji czy 49 idzie po młotek. Do tego klubu dołączyła ostatnio Wada ukryta. Trzeba od razu powiedzieć, że nowa książka najbardziej enigmatycznego pisarza Ameryki wpisuje się raczej w nurt średniego kalibru jego dokonań. W ogóle jeżeli spojrzeć na prozę Pynchona jak na transakcję pomiędzy autorem a czytelnikiem, to gdzie dokonywałby się ów geszeft? Można sobie wyobrazić, że w przypadku Tęczy? niniejszy biznes odbywałby się w wielkiej galerii handlowej: w wielopiętrowym budynku o zautomatyzowanym systemie generowania zysku dla korporacji Pynchon sp. z o.o. Czyli z tymi wszystkimi bajerami, które z tego typu obiektem mogą się kojarzyć ? mechanizmami ruchomych schodów; jasno doświetlonym atrium widocznym ze wszystkich kondygnacji handlowych; z przeszklonymi windami; z bramkami wychwytującymi kradzieże i ? jak szaleć, to szaleć ? lądowiskiem dla śmigłowców na dachu, nad tysiącem miejsc parkingowych w zadaszonych garażach. Jako klienci uczestniczylibyśmy w nowoczesnym systemie zarządzania zasobami ludzkimi i treściami przeznaczonymi do szerszego obiegu o zhierarchizowanej strukturze handlowej. Natomiast jako mieszkańcy wiedlibyśmy żywot doskonałego, bo nie wykraczającego poza ramy transakcji konsumenta osiadłego na stałe w miejscu sprzedaży: w galerii można przecież spędzić życie, jeśli oprócz witryn sklepowych mamy symulację lasu (architektura zieleni) albo morza (oceanaria z tzw. rzadkimi okazami), albo, no właśnie: galerii (wernisaże). Na dodatek z miejscami noclegowymi, kinem, salami koncertowymi, ba!, niekiedy nawet kapliczkami, w których można kultywować duchowe relacje z Bardzo Ważnym Kontrahentem. Tęcza grawitacji, dysponując nad wyraz zaawansowanymi środkami literackiej ekspresji, reprezentowałaby zatem literaturę skrojoną na, być może, całe życie; literaturę jako miejsce do zamieszkania; literaturę jako nigdy nie sfinalizowaną transakcję. Coś co znamy z Joyce?a, coś co znamy z Pereca. W tym sensie Wada ukryta przypominałaby nie Tęczę grawitacji, ale 49 idzie pod młotek: nie wielgachną galerię, a osiedlowy sklepik z tylnym wyjściem, przez które przedostają się spiskowcy i uskuteczniają swoje knowania.

?Tak jak prawie wszystkie powieści Pynchona, także ta mierzy się z bardzo amerykańską figurą paranoi? ? pisze o Wadzie… Jakub Majmurek, znajdując w tej prozie ciekawy układ odniesienia.  I zaraz rozwija tę myśl: ?Czy narracja paranoiczna może być narracją krytyczną? (?) Po pierwsze, dyskurs paranoiczny w swojej strukturze podobny jest do dyskursu populistycznego: nie dostrzega wad na poziomie samych zasad rządzących organizacją życia społecznego, ale przenosi je na poziom ‚spisku’???który wystarczy usunąć, by wszystko mogło wrócić do normy. Po drugie, paranoja wydaje się właśnie tą pozycją podmiotową, na którą przywołuje???zgodnie z własną logiką i własnymi interesami???późny kapitalizm? Czy związane z pozycją podmiotową paranoika hiper-wrażliwość, hiper-uważność, skoncentrowanie na odczytywaniu wszystkiego jako znaczących nie są postawami koniecznymi dla sprawnie funkcjonujących podmiotów kapitalizmu kognitywnego??.

?Hiper-wrażliwość, hiper-uważność? ? te cechy paranoika są świetną charakterystyką rozproszonych w rzeczywistości tekstowej bohaterów, ale wskazują też na modelowy przykład lektury Pynchona, która jest jednocześnie doskonale antymodelowa, ponieważ zakłada ciągłe roztargnienie, odczucie dekoncentracji, której nie da się ustawić w sztywnych ramach ?prawidłowego? aktu czytelniczego, ukonstytuowanego w bujanym fotelu, w jakichś ciepłych bamboszach i z kubkiem earl greya w pełnej gotowości. Zbyt dużo tu jednoczesności i rozmaicie przyspieszonych wektorów, żeby to wszystko łatwo ogarnąć. Zbyt dużo w tej prozie bajerów i cacek, żeby przejść z nimi do porządku dziennego. Kiedyś by się powiedziało, że to literacki koh-i-noor. Ale o ile możemy się zgodzić z Majmurkiem w tej kwestii, to już trudno zaakceptować twierdzenie, że spisek ?wystarczy usunąć, by wszystko mogło wrócić do normy?. Mówić o Pynchonie bez spisku to wyobrazić sobie Pilcha bez wzmianek o Cracovii, Bieńczyka bez wtrętów o bordeaux, Masłowską bez ?najpierw wypluj tą gumę? i historiozoficznych rozkminek Silnego, a Witkowskiego bez teorii przegięcia i zasadzek na luja. Ba! Pozbawić Pynchona spisku to jak spróbować opowiedzieć Granicę Zofii Nałkowskiej (tak, było coś takiego, lektura z liceum, ale pewnie tego nie pamiętacie, bo uderzaliście wtedy łokciem w butelkę taniego wina na wagarach) bez spoilera, czyli nie wyjawiając faktu śmierci niejakiego Zenona Ziembiewicza. Da się, jasne, że się da to zrobić, bo jak mówiliśmy ?nie ma takiej bajki, której nie dałoby się przerobić na porno?, ale tym samym oddalilibyśmy się od najbardziej żywotnego nurtu tej literatury.

Po bożemu, czyli fabularnie Wadę ukrytą moglibyśmy opowiedzieć tak: prywatny detektyw Doc Sportello otrzymuje zlecenie od swojej ex ? ma odnaleźć jej obecnego partnera, niejakiego Mickey?ego Wolfmana. Otóż Mickey zniknął, przepadł, pod ziemię się zapadł, ale nie na tyle dosłownie, żeby, jak to się mówi, tę ziemię gryźć. Ale zanim Sportello do tego dojdzie, natknie się nad różne, realne i wyobrażone problemy ? federalni usiłują go w coś wrobić, stary znajomy policji L.A., Wielka Stopa Bjornsen, nabiera podejrzeń i wykorzysta każdą okazję, żeby wytknąć nieokrzesane prowadzenie się Sportello. ?Moje gratulacje, hipisowski ścierwojadzie. (?) Tym razem wygląda na to, że wdepnąłeś w zbyt głębokie gówno, żeby psim swędem udało ci się z tego jakoś wykaraskać? ? mówi czule ów sympatyczny gliniarz. Poza tym tak się składa, że Doc to typ prywatnego detektywa, który cierpi na chroniczną przypadłość pakowania się w kolejne tarapaty, ale robi to jak rasowy Koleś, a zatem reprezentując postawę, którą moglibyśmy nazwać: take it easy, hombre. W tych okolicznościach nie może dziwić fakt, że prowadząc dochodzenie taki typ zawodowca musi wszystkiego spróbować, sprawdzić, namacać. A ponieważ Doca interesują szczególnie poboczne wątki, strzały w powietrze i drugorzędne wskazówki, szczególnie te noszące w sobie śladu paranoi, a większość tropów okazuje się ślepych ? lub wykoncypowanych przez jego psychę, pobudzoną pod wpływem kolejnych skrętów ? to wykreowanej na takiej zasadzie fabuły nie sposób nie uznać jako zdecydowanie paranoicznej. W tym sensie jej spiskowy charakter jest po prostu nieodzowny jak bletki, bibuła i trawka w kieszeni hawajskiej koszuli głównego bohatera. Dlatego nie pozostaje nam nic innego niż uznać strukturę fabularną za okoliczność pretekstową i zwrócić się ku temu, czym tak naprawdę żyje ta książka: ku tłu; ku dalszemu planowi i detalom o pozornie niewielkiemu znaczeniu.

Bo spójrzmy: Pynchon Wadą ukrytą składa hołd epoce przedkomputerowej. I to przynajmniej na paru poziomach. Na tym najbardziej elementarnym ? poprzez cytat. Choćby taki:

?Za każdym razem, kiedy Doc chciał dowiedzieć się czegoś dotyczącego świata nieruchomości, zwracał się niezmiennie do ciotki Reet, znającej, jak lubili powtarzać w wieczornych wiadomościach, od podszewki każdą działkę położoną między pustynią a oceanem. ‚Któregoś dnia ? przepowiadała ? wszystko to będą robić komputery, trzeba będzie tylko wpisać to, czego szukasz, albo jeszcze lepiej, powiedzieć ? tak jak rozmawiało się z HALEM w Odysei kosmicznej 2001 ? c z ł o w i e k  o t r z y m a  w i ę c e j  i n f o r m a c j i,  n i ż  c h c i a ł  u z y s k a ć [podkreślenie moje ? przyp. G.C.]  na temat każdej działki w basenie Los Angeles, poczynając od hiszpańskich nadań ziemi: dane na temat praw wyboru wody, obciążeń, księgi wieczystej, co tylko chcesz, wierz mi, tak będzie’?.

Albo taki opis aparatury i oprogramowania komputerowego na wczesnym poziomie rozwoju, który czyta się z substancją nawilżającą w oku:

?Doc miał wrażenie, jakby znalazł się w środku jakiejś fantastycznonaukowej choinki. Wszędzie mrugały czerwone i zielone lampki. Były tu szafki komputerowe, konsole z rozświetlonymi ekranami, klawiatury alfanumeryczne, kable biegnące po ziemi między niezamiecionymi stertami wybitych z kart IBM małych papierowych prostokącików, dwie kopiarki Gestetnera w kącie oraz górujące nad tym wszystkim, kręcące się w tę i z powrotem taśmy Ampexu.

? ARPAnet ? oznajmił Fritz?.

Nie trzeba się za bardzo starać, żeby dostrzec w Wadzie ukrytej nostalgię, nie da się tego ukryć i uznać za literacką wadę. Co ciekawe, odsyłając czytelnika do epoki przedinformatycznej Pynchon dokonuje restytucji bohatera nieprzeładowanego zbytkiem informacji: bezpośredni kontakt z człowiekiem doby lat 60. ? obiekt tęsknoty ? można zestawić ze scyfryzowaną, sfingowaną oralnością doby Facebooka, która okazuje się jednocześnie zamaskowaną relacją między samymi uczestnikami wiodącymi, nazwijmy to tak, podwójne życie w tym trzecim państwie świata (choć Facebook pewnie pod względem liczby ludności już wkrótce przebije Chiny). Oczywiście jest też druga strona medalu, bo jeżeli przyjąć, że Pynchon zaadresował tę prozę do czytelnika poszukującego ucieczki od pokus cyfryzacji (czyli takiego, który na co dzień otrzymuje więcej treści, niż chce uzyskać), to wystarczy odwołać Tęczy grawitacji, aby przypomnieć sobie, że ten autor nie potrzebował internetu, globalizacji i postindustrialnej nowomowy, żeby uzyskać językowy, fabularny i koncepcyjny ekwiwalent całego tego chaosu, który ciśnie się człowiekowi na usta, gdy pomyśli: sieć.

Parokrotnie wzmiankując o ARPA-necie ? pamiętamy z lekcji informatyki tego protoplastę internetu? ? Pynchon potęguje efekt nostalgii, na takiej samej zasadzie, na jakiej dzisiejsza popkultura bazuje na wyświechtanych patentach sprzed dziesięcioleci, dokonując campowej transsubstancjacji kiczu w wartość naddaną. Dla przykładu, spójrzmy choćby na to, w jaki sposób współcześni wykonawcy wykorzystują zgrane chwyty muzyki elektronicznej lat 80. (stare keyboardy, kupione za bezcen na Ebayu; plastikowe brzmienia; pół-analogowe rozwiązania akustyczne i celowo niedopracowana produkcja), która obecnie zyskuje niezwykły szarm i jest niezwykle inspirująca, podczas gdy jeszcze dekadę wcześniej była synonimem bezdennego obciachu. Jest w tym silny efekt symulacji, który w wykonaniu Pynchona ? dzięki zastosowanej konwencji kryminału gonzo ? wypada bardziej naturalnie jak Jarosław Kaczyński przed Pałacem Prezydenckim albo Robert Biedroń na Manifie. Poza tym należy pamiętać, w jakim sensie ARPA-net był, jak się rzekło, wczesną wersją internetu ? było to tajne narzędzie wojskowe, wywodzące się jeszcze z wyścigu w kosmos pomiędzy USA a ZSRR, które z czasem zyskało publiczną funkcjonalność. Jak piszą wikipedyści: ?W 1980 roku, po kilku efektownych włamaniach crackerów do serwerów Arpanetu, ARPA zdecydowała się rozdzielić całkowicie wojskową część Arpanetu od części akademickiej. Część wojskowa nadal ma nazwę Arpanet, zaś część cywilna została już oficjalnie nazwana Internetem?.

Co ciekawe, o obecnie działającym ARPA-necie niewiele wiadomo, ponieważ jest wykorzystywany w celach militarnych, a co za tym idzie ? objęty klauzulą tajności. Biorąc pod uwagę fakt, że dla Pynchona nie ma nic bardziej apetycznego niż tajność, możemy się domyślić, na czym zasadzają się te wszystkie wzmianki. OK, ale jeżeli dla czytelnika ta literatura jest szansą na chwilowe wyzbycie się mentalności kryzysowej i komputerowy detoks, to jakie znaczenie dla głównego bohatera Wady ukrytej ma informacja o ARPA-necie? Sprawa jest prosta: ?Czy to powie mi, gdzie mogę kupić towar?? ? pyta Doc Sportello. I to by było na tyle.




Grzegorz Czekański

 



Pierwodruk tekstu: ?FA-art? nr 1-2 (91-92) 2013. Przeczytaj część pierwszą i drugą.