Koniec starego roku i początek nowego to czas gorączkowego zapoznawiania się z gąszczem muzycznych zestawień, począwszy od wielkich i znaczących serwisów, a na tych mniejszych, acz opiniotwórczych, kończąc. Moje podsumowanie roku 2012 układało się w głowie na w pół świadomie, choć w trakcie 365 dni zdarzało mi się systematycznie stawiać w pamięci orientacyjne markery. Trafiały się również wyłomy tektoniczne, wdzierające się w przyjętą poznawczą formę przebojem, rapotowną rewelacją.

Pomimo tych wszystkich organizacyjnych niuansów i memoryjnych fiszek, dokonanie całościowej oceny ubiegłego roku przychodzi mi z trudem. Mogę wręcz napisać, że NIE WIEM jaki był ubiegły rok pod względem muzycznym, a wszystkim tym, którzy próbują dokonać takiej syntezy (pt. „Ten rok był DOBRY” albo „Ten rok był do De”) gratuluję im ich rozległej merytorycznej panoramy. Wracając jednak do siebie, przypominam sobie mniej więcej to, czego słuchałem i co wpadało do mojego ucha najczęściej, oraz pamiętam te zjawiska, które zaintrygowały mnie najbardziej.

W ubiegłym roku mimowolnie zauważyłem pewną kształtującą się tendencję. Ponieważ jestem niepoprawnym wielbicielem downtempo, ale w jak najlepszym, bristlo-sound’owym, tego słowa znaczeniu, każda pozycja, która nawiązuje do tej tradycji, spotyka się z moim zainteresowaniem. Tak się akurat złożyło, że w pewnym momencie odświeżyłem sobie oficynę Plug Research. Ten amerykański label od pierwszego FlyLo, albumów AmmonContact, Thomasa Fehlmanna albo Build An Ark posiada również inną odsłonę bardziej melancholijną i piosenkową, znaną chociażby z albumów Milosha czy Boom Clap Bachelors.

W 2012 roku Plug wydało dwa debiutnackie albumy Elephant & Castle Transitions oraz Sonnymoon Sonnymoon, które w trakcie odsłuchów skojarzyły mi się z erą trip-hop’u łaczącą niebanalną smyczkową ornamentykę ze smutnymi kobiecymi wokalami i majaczącym w tle zamglonym pulsem. Mam wrażenie, że te elementy w jakiś sposób na obu tych płytach zostały zrealizowane, choć prędzej w luźny i nieuświadomiony sposób, niż jako chłodna i precyzyjna kalkulacja. Jakby idąc w sukurs moim intuicjom nt. powrotu trip-hopowej konwencji w 2012 roku, weterani sceny bristol-sound, Alpha, wydali kolejny album Eleventh Trip, brzmiący dokładnie tak jak by można było tego od nich oczekiwać – zakonserwowany, w niczym nie zmieniony relikt dawnej ery, który cieszy, ponieważ nie pretenduje do niczego ponad to czym jest.

Jeśli jesteśmy już przy wspominaniu minionej świetności gatunków, analogiczna sytuacja panuje wokół ambientu. Być może jest to kwestia pojawiających się co rusz nowych mikro labeli wydających limitowane edycje CDR’ów i skupiających tych samych artystów przewijających się przez katalogi innych wytwórni, w każdym razie w przeciągu ostatnich kilku lat zauważyłem u siebie spadek zainteresowania tą muzyką. Odnoszę też wrażenie, że brakuje tutaj twórczego fermentu, który w jakiś sposób ożywiłby grono wzajemnej adoracji spod znaku fluid radio / experimedia / etc. Idąc jednak wskroś temu, co napisałem przed chwilą, jedną z najciekawszych ubiegłorocznych ambientowych pozycji wypatrzyłem właśnie w labelu Experimedia. Odpowiada za nią Mike Tolan skrywając się za aliasem Superstorms. Jego debiutancka płyta to połączenie wychłodzonych arktycznych pasaży z digitalną chropawością rozdprapującą malowniczą minimalistyczną impresję narastającym noise’owym natężeniem (rodem z genialnej płyty The Ontology Of Noise od Nana April Jun). Podobną wrażliwością, choć mam wrażenie, że jeszcze bardziej ilustracyjną, zróżnicowaną i zrytmizowaną, cechuje się płyta Dorona Sadji Residuals. W tym przypadku również możemy mówić o fascynacji wychłodzonym arktycznym pejzażem rozpisanym na czterech epickich ziarnistych suitach.

Innym znaczącym wydarzeniem na ambientowym podwórku był album weterana sceny Thomasa Könera Novaya Zemlaya, wypełnionym rozległą przestrzennością przypominającą nagrania z Signal To Noise innej ważnej postaci, Roberta Henke. Zgoła odmienną wrażliwością, stanowiącą swoisty wyłom w estetyce, wyróżnił się Kane Ikin (połowa duetu Solo Andata) na płycie Sublunar wydanej w 12k. Muzyka zawarta na Sublunar to świetne połączenie połamanego pulsującego zamglenia znanego z narkotycznych płyt Vladislava Delay’a (albo przypominający miejscami zapomniany już projekt Mike’a Martineza, Electric Birds) wplecione w hauntologiczne wątki rodem z Modern Love. Płyta Kane’a Ikina była dla mnie jedynym tegorocznym akcentem na scenie ambientowej, o której myślałem w kategoriach swoistego novum w tej stylistyce. Pozostali twórcy w przeważającej większości eksplorowali utarte już ścieżki. Nie przeszkadzało mi to jednak w zachwycaniu się samą muzyką bez wygórowanych oczekiwań, jak chociażby w przypadku tego, co robi Shinobu Nemoto, który po raz kolejny trafia na moje zestawienie (był już w podsumowaniu roku 2011), w zasadzie nie tworząc niczego spektakularnego. Ale doceniam go właśnie za konsekwentne eksplorowanie analogowego nośnika i wszelkiej maści magnetofonów szpulowych, z których udaje mu się wycisnać jednocześnie kruchą i lepką esencję. Jego kolekcja loopów (Loop Collections 4 i Loop Collections 5) wydana pod aliasem Dark Side of the Audio System, ponownie stanowiła doskonałe tło dla wakacyjnych upałów.

Pozostawanie w ciągłym ruchu i uniknie jednoznacznej kategoryzacji okazuje się być dobrą strategią, gwarantującą sukces. Tak było w przypadku Plug Research jak i płyty Sublunar. Podobne odczucia miałem jeśli chodzi o aktywność polskich artystów oraz niezależnych oficyn. Few Quiet Peeople w przeciągu roku skurczyło się już tylko do rozmiarów jednoosobowego projektu prowadzonego przez Wojciecha Krasowskiego, który zdecydował się na swoistą woltę w katalogu wytwórni i postanowił zróżnicować wydawaną przez siebie muzykę. Już album Piernikowskiego (połowy duetu Napszyklat) stanowił wyłom w estetyce labelu znanego głównie z wydawnictw okołoambientowych. Podjęte ryzyko okazało się strzałem w dziesiątkę, bo Się Żegnaj Piernikowskiego wypełniony jest gęstą zawiesiną bliżej niezidentyfikowanego brudu i świetnych rapowanych tekstów. Jakkolwiek to nazwiemy – post-hip-hopem, czy awangardowym rapem jest to płyta pozostawiająca słuchacza z lekkim poczuciem niepokoju, które drąży i zmusza do kolejnych odsłuchów. Potwierdzeniem ryzykownych wizerunkowo decyzji Krasowskiego był również album Łukasza Ciszaka FL/DC, dwie dronowo-gitarowe suity oraz coroczny sampler od FQP mieszczący w sobie wybuchową mieszankę hip-hopu / post-rocka / chill-wave’u / noise’u / post-binary sound’u / i-co-tam jeszcze-sobie-wymyślisz.

Inną polską oficyną obierającą zgoła odmienny kurs, niż wspominany FQP, było Sangoplasmo. Dzięki serii kasetowych wydawnictw skupiających artystów poruszających się po odległych galaktykach estetyk, analogowych szaleństwach i tropikalnych psychodeliach, Sangoplasmo zdobyło teren pozbawiony jakiegoś wybitnego krajowego przedstawiciela. Przyczyna jest prosta, nikt obecnie nie podjął się działalności na rynku kasetowym promującym nieoczywistą i niszową muzykę. A trzeba zaznaczyć, że scena kasetowa za granicą rozwija się bardzo prężnie.

Z kolei duet UL/KR na swoim debiutanckim mini-albumie z rozbrajającą lekkością postanowił przeprowadzić stylistyczną rewolucję. W piosenkowej formule w nieprawdopodobnie naturalny sposób udało im się zawrzeć prawdziwy gatunkowy gąszcz koegzystujących ze sobą stylistyk: Raster-Notonowy noise („My Przybysze”), industrial („Słodko Tak”), witch-house („Brodzę”), czy 4AD-pop („Ruiny”) tworzą oniryczną epopeję w nowelowym formacie.

Ze względów promotorskich i poświęceniu się głównie muzyce zrytmizowanej w 2012 roku miałem o wiele mniej czasu na eksplorowanie sceny awangardowo-eksperymentalnej. Jednak w chwilach odpoczynku od bitów udało mi się wychwycić płyty i artystów, które mogę śmiało zaprezentować w swoim podsumowaniu. Będzie trochę nowości, nie zabraknie też weteranów sceny. Zacznijmy od tych ostatnich. Muszę wspomnieć o trzech postaciach, które z reguły na swoich płytach gwarantują odpowiednią dawkę emocji i zaskoczenia. Dobrym tego przykładem była płyta Johna Butchera Bell Trove Spools – kolejna lekcja z głębokiego oddechu przestrzeni do wysłuchania i wchłonięcia. Innym pewniakiem był Oren Ambarchi. Ten niestrudzony australijski eksperymentator każdego roku dostarcza przynajmniej kilka kapitalny wydawnictw. Największą radość dają oczywiście płyty solowe, a tych w 2012 było sporo Sagittarian Domain, Audience of One, Raga Ooty i drone-kolabroacja z Thomasem Brinkmannem (The Mortimer Trap) stanowiły trzon działalności Orena, nacechowanej liryczną delikatnością, hipnotycznym vibem, organiczną żywiołowością. Kolejnym australijskim artystą, którego słuchałem z nieskrywaną przyjemnością był Shoeb Ahmad ze swoją quasi-post-rockowo-piosenkową płytą Watch / Illuminate.

Wydarzeniem, które wzbudziło moją radość, był powrót do działalności wydawniczej meksykańskiego labelu Mandorla Netlabel. Ta wytwórnia łącząca cechy darmowego netlabelu z tradycyjnymi płytami CD skupiająca się na promowaniu muzyki akademickiej, improwizowanej i field-recordingu w 2012 roku opublikowała 4 nowe wydawnictwa. Kolejnymi labelami, których artyści i wydawnictwa cieszyły moje uszy były Editions Mego oraz Pan. Ten ostatni (za sprawą albumów NHK’Koyxe?, Marka Fella aka Sensate Focus i genialnego perkusisty Eli Keszlera) okazał się w moim odczuciu najciekawszym, dzięki umiejętnemu połączeniu w swoim katalogu wielu idiosynkratycznych wątków. Eli Keszler z Catching Net oraz Sensate Focus (wydawany również w Editions Mego) to wykonawcy, do których wracałem bardzo często. Eli Keszler za sprawą brawurowej gry na instalacji perkusyjnej wykraczającej daleko poza ramy tego, co jest na wyciągnięcie pałeczki, zaś Mark Fell dzięki odejściu od skomplikowanych i abstrakcyjnych struktur (znanych chociażby z ostatnich płyt z 2011 roku, o których wspominałem w poprzednim podsumowaniu) i powrotowi w łagodniejszą i przystępniejszą postać algo-rytmizacji znanych z pierwszych płyt SND.

Wielką niewiadomą pozostaje dla mnie przyszłość Raster-Noton. Z jednej strony mamy świetne wydawnictwa Grischy Lichtenbergera, powracającego do wielkiej formy Vladislava Delaya, czy debiutantów w katalogu R-N Emptyset, ale ciąży nad nimi cień coraz większej przystępności niemieckiego labelu i coraz bardziej przewidywalnej aktywności głównych filarów wytwórni Carstena Nicolaia i Olafa Bendera (ich wspólna kolaboracja Diamond Version po oszałamiającym występie podczas festiwalu Sónar rozczarowała oficjalnymi wydawnictwami). Oprocz tego powodem moich obaw jest flirt z odświeżoną formułą wracającego do łask techno. Paradoksalnie Raster-Noton na początku swej działaności bardziej było kojarzone z nurtem krytycznym wobec pierwszej techno-euforii w latach 90. za sprawą bardziej eksperymentalnego, holistycznego spojrzenia na muzykę i odsunięcia się od klubowego nurtu w imię przestrzeni galeryjnych. Dwadzieścia lat później elementy charakterystyczne dla brzmienia artystów związanych ze sceną post-techno za sprawą producentów „nowego” techno takich jak DCRD, dadub, Monoloc, Emptyset zaczynają pojawiać się w ich produkcjach. W efekcie tych procesów powstało zrasteryzowane techno, którego doskonałym przykładem są wydawnictwa z katalogu labelu Stroboscopic Artefacts oraz Kangding Ray, który w 2012 roku pojawiał się w katalogu obu wytwórni.

Idąc dalej tropem techno muszę wspomnieć o mojej ulubionej odsłonie tego gatunku. Dub techno, bo o nim mowa, doczekało się w ubiegłym roku kilku świetnych wydawnictw, jak chociażby epicki Silent World Deepchord present Echospace z genialnym numerem „Hydrodynamics”, który momentalnie budzi skojarzenia z Biokineticks z miejsca stając się podwodną klasyką gatunku. Inną ciekawą opcją nie do końca jednoznacznie wpisującą się w ramy dub techno jest płyta Lee Gamble Diversions 1994-1996, której materiałem wyjściowym były stare jungle’owe nagrania. Pisząc o dub techno nie mogę nie wspomnieć o odradzającej się polskiej scenie, która swego czasu miała wybitnych reprezentantów. W 2012 roku pojawili się nastepcy Enypniona i Arsa Deco. Weterani NN, yac (ze swoim wybitnym miksem projektu 365 breaks Marcina Cichego), a także Ci próbujący swoich sił od niedawna – wrocławski producent dot-dot, Fischerle (który znalazł się w miksie Roda Modella promującego dubowych newcomersów), ptr1 (coraz odważniej flirtujący z dubem) i szamotulski label Ghostmental stanowią o sile nowej generacji dub technowców. Największym zawodem z rejonów okołodubowych była dla mnie płyta Andy’ego Stotta Luxury Problems. Przyjemnie się jej słuchało i równie przyjemnie się ją zapominało. Jednorazowa i oczywista przyjemność bez żadnego klucza bądź wabika. Wzbogacenie całości o wokale to zdecydowanie za mało w kontekście ubiegłorocznych dokonań Stotta. O wiele ciekawszą i bardziej zaskakującą propozycję przygotował Claro Intelecto na swoim Reform Club. Mieszanka deep house’u i wysmakowanego deep techno pozbawiona gatunkowego ciężaru płynie w głośnikach lekko i swobodnie, a utwór „Second Blood” to klasyczny przykład repeat-mode’a w playerze.

Tak jak w przypadku sceny awangardowo-eskperymentalnej, tak i jeśli chodzi o rap/hip-hop nie miałem za wiele okazji do zagłębiania się w ten gatunek. Jeśli już coś mnie zainteresowało były to produkcje ocierające się o rozmarzony słoneczny vibe jak GMane + Dave Luxe Late Nite Ridin Musik Vol.2, albo zmierzały w stronę absolutnego esktremum jak w przypadku Death Grips, których energia i przekraczanie kolejnych stylistycznych granic, ciągle mnie zaskakuje i zdumiewa. Drugi rok z rzędu, całkiem zasłużenie, lądują w moim zestawieniu. Zgoła na innym biegunie porusza się LE1F, nowojorski raper, przeprowadzający woltę w świecie zmaskulinizowanego hip-hopu swoją zgnederyzowaną wersją.

W ubiegłym roku najwięcej czasu poświęciłem muzyce tanecznej. To zdumiewające z jaką szybkością ona ewoluuje, przypominając w rozwoju odpryski sekund zaraz po Wielkim Wybuchu. W poprzednim podsumowaniu wspominałem o moombahtonie jako o gatunku, który ma potencjał by rozprzestrzenić się w skali globalnej, tymczasem w 2012 roku uwagę internautów przyciągnął mesmeryczny Sea Punk (funkcjonujący na styku wykoślawionego pisma/kodu, mody, muzyki i blogosfery), który przypomina/ł pojawiający się nagle, i emanujący w drobnych detalach, hologram zdigitalizowanego obrazu vhs. Nim na dobre przebrzmiała era Sea Punku w sieci pojawił się kolejny gatunek, wydobyty przez producentów muzyki tanecznej undergroundowy rap o charakterystycznym ‚chopped and screwed’ brzmieniu i rytmice oscylującej między 70 a 150 bmp. Entuzjazm z jakim zareagowano na Trap Music na całym świecie przyczynił się do zbanalizowania jego potencjału. Moje początkowe zainteresowanie bardzo szybko opadło a najciekawszą ep’ką, która w twórczy sposób rozwijała tę estetykę była Ostra Vez od Sango. Jest to oryginalna południowo-amerykańska stylizacja, łącząca organiczne instrumenatrium salsy, samby, kumbii z charakterystycznym trapowym brzmieniem.

Na tle tych gatunkowych mikro-eksplozji mój ubiegłoroczny faworyt Footwork/Juke prezentuje się o wiele lepiej. Możliwe, że jest to kwestia zakorzenienia w tradycji i posiadania pewnej podstawy, dzięki czemu nie grozi mu, tak jak w przypadku wspomnianych „wirtualnych” gatunków, krótkotrwały żywot. Mówimy tutaj o muzyce wywodzącej się w prostej linii z chicagowskiego house’u, którą obecnie reprezentują jego najbardziej oryginalni kontynuatorzy. DJ Rashad, Traxman i DJ Spinn swoimi albumami oraz występami live pokazali skostniałej Europie prawdziwy żywioł performance’u i kreatywności w swoich produkcjach. A Chicago opływa w bogactwie DJ’ów, producentów i przede wszystkim footworkerów i nie sposób wszystkich nazwisk i płyt tutaj wymienić. Najbliższy rok powinien być dalszym ciągiem ekspansji Footwork/Juke’a na świecie. Label Rashada i Spinna, Lit City Trax, szykuje kolejne wydawnictwa, w Japonii DJ Fulltono i jego Booty Tune rozwijają własną wizję Footworka, a w Europie inspiracja gatunkiem pogłębia się. Doskonałym tego przykładem jest nasz rodzimy producent Symbiotic Sounds, którego ep’ka Everybody loves an 808 (wydana w nowym obiecującym polskim labelu Sequel One Records) jest kapitalnym rozwinięciem i kontynuacją chicagowskiego brzmienia. Everybody… znalazła nawet uznanie w oczach Spinna i Rashada. Innym ciekawym kierunkiem, w który zmierza Footwork jest (sygnalizowany przeze mnie w ubiegłorocznym podsumowaniu) Jungle/Footwork, hybryda potencjalnie mogąca odświeżyć hermetyczne środowisko wielbicieli drum&bass. Produkcje Dawn Day Night, Fracture, FishStixa czy kompilacje Pseudogeddon.com Jungle Footwork Compilation 21.12.2012, Sweeekers Vol.1 wskazują możliwy kierunek rozwoju dnb, który po bardzo dobrych ostatnich latach, mam wrażenie, że ponownie boryka się z lekką zadyszką. Wystarczy spojrzeć na Good Looking Organisation LTJ Bukema, który po długim czasie hibernacji powrócił z odświeżoną stroną internetową i nowymi wydawnictwami. Kiedy jednak Bukem zaczynał przygodę z GLO w latach 90. wypracował charakterystyczne i unikalne brzmienie będące wyznacznikiem jakości od lat. Tymczasem teraz producenci reprezentujący jego label są jednymi z wielu innych i podobnych do siebie.

W zasadzie najwięcej ciekawych zjawisk odkrywałem w Stanach Zjednoczonych. Europa ciągle brnie w swojej postdubstepowej tradycji i stylistycznym puryzmie. W Ameryce muzyka taneczna jest w bardzo bliskim związku z popem i mainstreamem, co w efekcie daje czasami szalone kombinacje, na które niewielu europejczyków by się odważyło (choć rodzimy projekt Violetta Villalobos sygnalizuje, że potrafimy zachować twórczy dystans). Doskonale to ilustruje Massacooramaan. Ten producent i dokumentalista muzyki tanecznej w Ameryce, dzięki któremu dowiedziałem się, co to jest Footwork (i przeczytałem wywiad z twórcą tego gatunku, RP Boo), stworzył przedziwną hybrydę, której stylizacje opalizują gatunkową futurystyczną magmą: moombaton miesza się z junglem, footwork z cumbią. Wreszcie pojawił się ktoś z odpowiednią dawką bezkompromisowej ironii odważnie łączący nawet najbardziej abstrakcyjne kombinacje. Jego ep’ka Dead Long Time wydana nakładem Fade To Mind to kolejna przełomowa rzecz 2012 roku.

Innym ciekawym zjawiskiem odkrytym w ubiegłym roku w Ameryce był New Orleans Bounce, „prymitywny” nowoorleański gatunek powstały pod koniec lat 80. Jest to mieszanka rapu i elektroniki upstrzona lokalnym kolorytem. I choć na tle Sea Punku bądź Trapu jawi się jako swoisty amerykański regionalizm, to polubiłem New Orleans Bounce właśnie za jego (sic!) naturalność.